|
Bez cenzury
Bez namysłu
Bez sensu
środa, 11 kwietnia 2012
Pokalane niepoczęcie
Od Zachariasza wrócili skłóceni. - Elżbieta brzemienna! To stare pudło z zasuszonymi piersiami! – złorzeczyła Maria, ścieląc łóżko. - A ja? - zapiszczała ze złości. Józef siedział zapatrzony w zachód słońca nad pastwiskami. - Jahwe pokarał mnie takim mężem! Miesiąc po zaślubinach, a tyś mnie nawet nie tknął! Józef wciąż milczał. - No i czemu tak milczysz? Cisza. - Wiesz ile ja mam lat??? SZESNAŚCIE! Szesnaście lat i wciąż jestem dziewicą! - coraz głośniej i natarczywiej dawała upust rosnącej od ślubu frustracji. - Czy ty wiesz - zaszlochała ostentacyjnie, głośno trąbiąc nosem w rękaw - jak czuje się kobieta, którą własny mąż odtrąca w łożu? Coś jakby uśmiech przebiegł przez twarz Józefa - to jagnięta baraszkowały na wysuszonej trawie. - Cóż ta Elżbieta mamrotała o mesjaszu? - ocknął się niespodziewanie. - Mesjasz-sresjasz. Pojęcia nie mam. Zjesz coś? - Maria wygrzebała z podróżnego kosza resztki placka zapakowanego na drogę. Ale Józef, rozsupławszy rzemienie u sandałów, bez słowa podreptał w stronę łóżka i wsunął się pod koc. Maria wyszła z izby kręcąc głową, żując przaśny placek i dalej złorzecząc na dziwactwo swego małżonka. Gdy ucichły jej kroki, Józef wyjął spod poduszki delikatny welon koloru morskiej wody, z cekinami na obrzeżach. Ten sam, w którym Marię przyprowadzono mu do zaślubin. Zanurzył w nim twarz, chłonąc zapach i koronkową fakturę materiału. Tak zasnął i tak zastała go Maria, gdy przyszła na spoczynek do małżeńskiego łoża. I zdębiała. Wszelka złość, jaką żywiła do męża, wyparowała z niej w jednej chwili. - Och, on mnie jednak kocha…. - westchnęła. - Po prostu nie jest jeszcze gotowy na dziecko. Nie gniewając się już wcale, legła obok. Zamiast, jak co noc, zmuszać męża do współżycia, objęła go czule i pomodliła się do Jahwe o rychłe zapłodnienie. I ni stąd ni zowąd, Bóg wysłuchał modłów służebnicy swej i posłał na ziemię anioła z misją inseminacyjną, aby syn jego narodził się w tym właśnie domu. Rankiem Maria udała się z matką na targ. Józef obudzony wiosennymi promieniami słońca i meczeniem kóz poprzeciągał się chwilę w pościeli, a wstawszy, zrzucił z siebie nocne odzienie, obnażając drobne ciało o skórze bladej i delikatnej. Gdy upewnił się, że jest sam, otworzył skrzynię z fatałaszkami Marii i zanurzył w niej ręce po łokcie. Gładkość materiałów odebrała mu na chwilę zmysły… Oszołomiony podnieceniem pomieszanym ze strachem, narzucił na siebie muślinową suknię swojej żony, a jego ciało przeszył dreszcz. I kolejny - gdy otulił się jej welonem. Szczęście młodzieńca mieszało się z goryczą, ekstaza z rozpaczą. Przeczuwał bowiem, że Jahwe, a tym bardziej jego małżonka, nie byliby zachwyceni, widząc go w damskich ciuszkach. Padł tedy na kolana, zgiął się wpół i prosił Boga o wybaczenie tych grzesznych, wstydliwych przyjemności, których odmówić sobie nie umiał. I na to zapadła cisza dokoła, jakby ktoś jednocześnie ogłuszył kozy, kury i dzieciaki sąsiadów jazgoczące za oknem. Świetlista łuna zalała izbę, a po promieniach światła zstąpił na ziemię anioł pański. - Czy to dom Marii i Józefa? - spytał łagodnie, stając przed klęczącą zawoalowaną osobą. Osoba skinęła. Uśmiechnął się anioł na to i upewnił się: - Tyś dziewica? Drobna postać niechętnie przytaknęła i skuliła się jeszcze bardziej. - Błogosławionaś ty między niewiastami - powiedział anioł. - Pan wybrał cię na swą oblubienicę… Na te słowa postać mamrocząc coś gwałtownie, acz niewyraźnie, jęła szamotać się, próbując zrzucić z siebie połacie zwiewnego materiału. - Daj spokój Mario – anioł uspokajającym gestem położył dłoń na jej ramieniu, a ta znieruchomiała wlepiając w niego przerażone oczy. - To niepotrzebne - mrugnął porozumiewawczo. - Zostań w odzieży. - I nakładając ręce na jej głowę wyszeptał wzruszony - oto stało się, duch zstąpił na ciebie. Na tę scenę weszła do pokoju spocona i zakurzona Maria, objuczona trzema wierzgającymi, gdaczącymi wniebogłosy kurami, workiem mąki i parą nowych sandałów. Zaprawdę nie wiedziała co ją dziwi bardziej - widok skrzydlatego mężczyzny, czy też jakiejś osoby odzianej w jej własną suknię. - Józeeef! - wrzasnęła ochryple. - Józeeef, co to za towarzystwo? Wciąż zakutana w welony postać pisnęła. Anioł spojrzał zdziwiony na nieoczekiwanego gościa. - Podejdź niewiasto i raduj się tą wielką chwilą. Oto właśnie w tym domu począł się mesjasz - obwieścił z dumą. - Oto ja, służebnica pańska….. – Maria uklękła w progu z rozdziawioną gębą. Józef zemdlał. Anioł z troską uniósł jego głowę, a wtedy welon opadł na ziemię odsłaniając brodatą twarz. - A to kto? - skrzywił się. - Mąż mój, Józef - warknęła Maria z niesmakiem, zbierając się z klęczek. - Czegóż chciałeś od niego? - powiedziała odkładając w bezpieczne miejsce kury, mąkę i sandały. Tego dnia w Nazarecie, w godzinach przedpołudniowych, widziano rozwścieczoną niewiastę goniącą za dziwnym ptaszyskiem, które dziko wrzeszcząc, co sił uciekało przed jej ścierką i srogimi wyzwiskami. Aż wzbiło się w niebo, gdzie, prawdę mówiąc, po tej wpadce też już nie miało czego szukać, bo łasy awansu Gabriel już zacierał skrzydła…
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Duma, honor, śmigus dyngus
Jakież to oryginalne i ekstrawaganckie – w lany poniedziałek pisać o lanym poniedziałku. Ale jest temat – się nie wybrzydza – się pisze. Było to w lany poniedziałek gdzieś we wczesnych latach licealnych, gdy głównym moim zajęciem było obrażanie się i dąsanie. W takim właśnie nastroju, wczesnym rankiem wracałam wraz z siostrą do domu po świętach wielkanocnych spędzonych rodzinnie u babci na wsi. Podróż autobusem trwała z dwie godziny i prowadziła przez wioski i miasteczka, gdzie z upodobaniem oddawano się tradycyjnym dyngusowym torturom, za które jeszcze wtedy nie wlepiano mandatów. Z okien autobusu z najwyższym niesmakiem obserwowałam obopólne szczęście oblewających i oblewanych, gonitwy na serio i ucieczki na żarty, wszystko według odgrywanego co roku scenariusza. Z tego co zauważyłam, podstawową jednostką miary w sferze igraszek damsko-męskich było wiadro. Im częściej twoje wiadro było w ruchu – tym byłeś bardziej macho. Im więcej wiader wody przyjęłaś na siebie – tym byłaś większa laska. Mężczyźni w zabawie między sobą byli mniej subtelni i w ruch szły gumowe węże, pompy, beczki, czasem też rzeka bądź staw. Z trwogą przyglądałam się tym barbarzyństwom - tym większą, im bardziej zbliżałam się do końcowego przystanku, z którego czekała mnie piesza przeprawa przez osiedle do domu. Ku mojemu zdziwieniu było całkiem spokojnie. W dużym mieście ludzie jednak bawią się inaczej. Albo wcale. Albo dłużej śpią. Sunęłam dostojnie osiedlowymi ulicami, powiewając długim czarnym płaszczem, a obok mnie na szpileczkach dreptała moja starsza siostra. I wtedy, na ostatniej prostej, dwieście metrów od domu, jakieś lumpy ośmieliły się zaatakować. Moja siostra, jako ta bardziej atrakcyjna przyjęła na siebie pierwszy chlust z plastikowej butelki. Zachowała się zgodnie z regułami gry, czyli piszcząc w niebogłosy puściła się biegiem w stronę domu, aż stukot obcasików przeszedł w terkotanie. Co zrobiłam w tym czasie ja? Oprócz tego, że się obraziłam i nadąsałam? Nic. Kroczyłam dalej dumnie, aż poczułam, że lodowate strugi dosięgają i mnie. Czy wtedy zareagowałam? Nie. Moja siostra na ten widok wzmogła pisk, a mi honor wciąż nie pozwalał uciekać. Dla postronnego obserwatora mogło to wyglądać, jakby się mnie woda nie imała, gdyż nawet nie przyśpieszyłam kroku. Ale, niestety, imała się i to bardzo, zwłaszcza płynąc wzdłuż kręgosłupa. Im bardziej byłam mokra, zawzięta i wściekła tym bardziej zajadłe były ataki i próby złamania mego ducha. A długi czarny płaszcz, nasączony litrami wody stawał się coraz cięższy i dłuższy, aż zaczął ciągnąć się za mną po ziemi. Ale nie dałam im satysfakcji! Sobie, szczerze mówiąc, też nie. Natomiast wielką uciechę dałam mojej siostrze, która z upodobaniem opowiadała wszystkim to zdarzenie, pękając ze śmiechu, na co ja się obrażałam i dąsałam oczywiście.
wtorek, 06 marca 2012
Strange brew - czyli jak piłam piwo, którego nie nawarzyłam
Intuicjo, gdzie byłaś, gdy przekraczałam progi tego przybytku? Zakład kosmetyczny "Brzydkie kaczątko" wyglądał przeciętnie i z zewnątrz, i w środku. Dlaczego postanowiłam wyregulować sobie brwi właśnie tam? Trudno powiedzieć. A raczej - szkoda gadać. Pani kosmetyczka siedziała przy stoliku, czytała fachową prasę plotkarską i wcale nie wyglądała jak piękny łabędź. - Taaaak? - spytała, nie odrywając wzroku od gazety. - Chciałam wyregulować brwi - zagrałam w otwarte karty, omiatając wzrokiem rząd dyplomów na ścianie, gdyż była to kosmetyczka dyplomowana. - Proszzzzz...... - wskazała fotel, co wywołało przykre skojarzenia z dentystą i pierwsze wątpliwości. Ale posłusznie siadłam. Pani usiadła także, na stołeczku obok i skierowała na mnie lampę nawiązującą dizajnem do tradycji esbeckich. Białe światło oślepiło mnie dokumentnie i jedyne co teraz widziałam to czerwone kropki na białym, lub na czarnym tle - w zależności czy oczy miałam otwarte, czy zamknięte. Częściej na czarnym. Pogrążona w nakrapianej ciemności, poczułam przyjemny dotyk chłodno-mokrego wacika na moich brwiach. Swoją drogą jaka to śmieszna rzecz takie kępki sierści na czole. Ale widocznie ewolucja wciąż widzi ich sens, skoro są. Ewolucja nie widzi jednak sensu w ich regulacji, skoro musi to za ewolucję robić pani "brzydkie kaczątko". Uważna obdukcja materiału wejściowego odbywała się centymetr od mojej twarzy i czułam ciepły oddech pani tak blisko, jakby miała mnie za chwilę pocałować, a na to nie byłam gotowa - w końcu nie zamieniłyśmy ze sobą prawie ani słowa. I nagle: ciach! Utratę pierwszego włoska poczułam w zakończeniach nerwowych w zaskakujących zakamarkach ciała. I ciach! I ciach! Pewna ręka! Gdy skończyła prawą brew, po policzku płynęły mi łzy i nic nie widziałam w lusterku, które mi podała dla oceny efektu. Znowu kojący wacik i ciach z lewej. Wtedy zadźwięczały wietrzne dzwonki w drzwiach. Wraz z zimnym powietrzem, do zakładu wpadł ktoś, kto do pani zwracał się per "dziwko" i żądał oddania kluczy. Oddech na mojej twarzy przyśpieszył i tak oto stałam się świadkiem sprzeczki kochanków. Trochę wbrew sobie, nomen omen. - Klucze, jeszcze czego - wysyczała wciąż zgarbiona nad moim okiem. - Wreszcie się od ciebie uwolniłam łachudro - ciach! - mimo wzburzenia nie przerwała zabiegu. Profesjonalnie. - Kłamałeś - ciach! - Zdradzałeś - ciach! ciach! - To teraz śpij na dworcu - ciach! - jak na moją ocenę sytuacji wyrwała mi już dużo więcej włosków, niż z prawej brwi i trochę się obawiałam, czy pogrążona w zapalczywości i rozpraszana przez ex-narzeczonego, nie wydepiluje mnie do cna. Tymczasem on z "dziwki" przeszedł na "kochanie". - Widzi pani? - parsknęła do mnie. - Na litość mnie bierze, myśli, że znowu się nabiorę! Miałam tylko nadzieję, że kobieta kontroluje sytuację nad moim lewym oczodołem i za swoimi plecami - niespodziewany gest pana narzeczonego i mogłam zostać bez oka. - Pani mnie poprze, pani powie jej, że mężczyzna czasem musi się napić, szturchnąć, zakląć, ale to wszystko z miłości! - Teraz już oboje zwracali się do mnie. - No powie pani Marioli coś, bo się wścieknę! - Yyyy..... - powiedziałam Marioli. - Jak ja go kochałam - "dziwka, kochanie" Mariola nieoczekiwanie zwierzyła mi się coraz bardziej drżącym głosem. - Pani sobie nie wyobraża jak ja go kochałam! - oparła dłoń z pęsetą na moim czole. Chrząknęłam. Ich dialog przepływał przeze mnie jak przez katalizator. Wyznawali sobie miłość, wyliczali wszystkie krzywdy i wylewali żale - i wszystko to nie wprost, a raczej - wprost do mnie. Na szczęście Mariola przestała mi szarpać brew i lekko zwiększyła dystans między jej nosem, a moim. Białe światło zgasło, uznałam więc zabieg za ukończony. Ostrożnie otworzyłam oczy i zobaczyłam przez gąszcz czerwonych kropek Mariolę, łkającą na stołku i klęczącego nieopodal gacha. Po-wo-lu-tku zdjęłam zza kołnierza serwetkę i wstałam z fotela. Oni, zajęci każde własnym nieszczęściem, nie zwracali uwagi ani na mnie, ani nawet na siebie nawzajem. Na palcach dotarłam do drzwi, po drodze zostawiając na ladzie należność za zabieg i napiwek za spektakl, brwi wciąż mając wysoko wzniesione ze zdumienia.
poniedziałek, 27 lutego 2012
Cena życzliwości
Wijąc się jak makaron, kolejka wlokła się (jak makaron także) - w kierunku kasy. Na którymś tam zakolu, wystarczająco blisko, by głos sprzedawcy wygrał z Michaelem Jacksonem z głośników, zrozumiałam, że oto mam do czynienia z perełką i samorodnym talentem kasjerskim. - Dziękujemy za zakupy, do zobaczenia i gwiazd jak diamenty nad głową. - Pożegnał miło klienta. - Do zobaczenia mam nadzieję, wkrótce. A tym czasem życzę samych miłych chwil. Proszę rozważyć kąpiel przy świecach wieczorem, arrivederci! - Pożegnał następnego.... - Samych dodatnich temperatur! - Uśmiechu na ustach teściowej! Hm, obserwowałam go z coraz większą fascynacją. Pomysły mu się nie kończyły, żadnego klienta nie potraktował powtórką, przynajmniej na moich oczach i uszach. Ludzie, jakby przyzwyczajeni do takiego finału zakupów, brali resztę, towar i paragon i szli sobie bez odrobiny zaskoczenia na twarzy. Być może sieć księgarni wprowadziła nowe standardy, o których dotąd nie miałam pojęcia? W każdym razie słuchałam zaczarowana i z rozdziawioną gębą. Zaraz miała być moja kolej i nie mogłam się doczekać, czego mi pożyczy na dowidzenia. - Gratuluję wyboru - pochwalił, naliczając należność za gazetę i wiśniowe gumy do żucia. - Na pewno będzie pani zadowolona, dobrze poinformowana i będzie pachnieć wiśniami. Mamy w promocji atlas.... - dodał. (cisza) - Płytę z przebojami Cohena? - Nie nie nie - zniecierpliwiona już chciałam płacić i usłyszeć życzenia. Westchnął. - Landryny? - zerknął tylko i nie czekając na odpowiedź, zajął się moją kartą płatniczą. - Paragon na pamiątkę - podał mi wydruk. - Dziękuję i do widzenia. - Słucham? - oburzyłam się. - A życzenia? - Życzenia przysługują od 15 zł w górę - odparł. - Wystarczyło dobrać landryny, ale cóż.... - Żartuje pan? - ale niestety, jego mina mówiła, że nie mam na co liczyć. Schowałam kartę, gazetę i gumy do żucia i już miałam ogłupiała odejść od kasy, gdy usłyszałam: - Życzę na przyszłość większego rozmachu w zakupach - mrugnął i zajął się następnym klientem.
czwartek, 09 lutego 2012
Kazio po raz pierwszy
Błogosławi dusza moja Pana za dar, jakim obdarzył mnie i moich współpracowników. Kazio. Kazio kilka dni temu został powołany na zarządcę obiektu produkcyjnego. Fucha jakże dla Kazia odpowiednia - póki co nie musi nic robić, bo produkcja jeszcze nie jest uruchomiona. Jeśli nie zgubi kluczy - to już plus. Kazio więc z należytą powagą piastuje swoje stanowisko, utrudniając innym pracę jak się da. Ostatnio, poproszony o udostępnienie budynku do oględzin - odmówił. Tak, ja też chciałam wiedzieć dlaczego. Gdyby miał naprawdę dobry powód, kolega by mi tego nie opowiadał parskając co chwilę śmiechem. Otóż - Kazio wykąpał się. Tak, wiem, to zupełnie normalne zachowanie, zwłaszcza po pracy, po której kąpiel często jest uzasadniona, a nawet wskazana. Ale to był jego powód. Kazio był po kąpieli i nie będzie wychodził na mróz. Kluczy nie da. Czekać. Komisja poczeka, aż Kazio ostygnie, to budynek zobaczy. Żebyście wiedzieli, że czekali. Dziś - ten sam kolega potrzebuje wymierzyć budynek, w związku z czym, dzwoni do Kazia, aby ten mu budynek otworzył. Kazio odmawia. Też jest powód - uruchamia drukarkę. Znowu trzeba zaczekać. Mija pół godziny i oto Kazio gotowy jest do współpracy. Tylko kilka dni - i tyle radości. Intuicja mi podpowiada, że o Kaziu będzie na blogu częściej i jestem za to zarządowi niezmiernie wdzięczna.
poniedziałek, 06 lutego 2012
Cud auto-moto-kanonizacyjny
Właściwie to wychodzenie na idiotę jest całkiem w porządku. Przynajmniej człowiekowi przypomina się, żeby życia i siebie nie traktować zbyt poważnie. Oraz żeby napisać o tym notkę na blogu. Ogrzewanie w aucie mi wysiadło. I to przypadkiem, jak tylko zaczęły się mroźne popisy zimy - czyli jakieś dwa tygodnie temu. Serio. Do pracy mam wystarczająco blisko, żeby nie zamarznąć podczas jazdy, ale ostatnio musiałam pokonać dystans 4x50km i to był już wyczyn zostawiający daleko w tyle Marka Kamińskiego. Mimo, że w trakcie tej podróży miałam silną chęć oblać się benzyną i podpalić, do mechanika dotarłam dopiero dziś i to też pod przymusem z zewnątrz. Widocznie zdolność przystosowania się do trudnych warunków odziedziczyłam po dziadku, który zaraz jak stracił dwa palce prawej ręki, został zegarmistrzem. Otóż dziś stawiłam się w warsztacie zbawiciela samochodowego. Zaprzyjaźniona, towarzysząca mi obstawa rodzaju męskiego miała mi dodać animuszu, a panu mechanikowi odjąć ochotę oszukania bezbronnej niewiasty. Gdy auto wjechało na stanowisko, otoczyli je mechanicy i gapie, razem tworząc całkiem spory wianuszek, a jednych od drugich trudno było rozróżnić, bo wszyscy wyglądali jak gapie. Trzech jednak pozwoliło sobie względem samochodu na więcej niż pozostali i właśnie tych postanowiłam potraktować jak mechaników, czyli z taką samą nieufnością, jak oni kobietę za kierownicą. Męska obstawa dodawała mi na szczęście wiarygodności. - Co dolega? - zapytał jeden. Drugi ziewnął. Trzeci zamknął za mną drzwi warsztatu. - Ogrzewanie - odpowiedziałam grzecznie, wysiadając z auta. Pierwszy wsiadł i przygazował, drugi otworzył maskę, trzeci zniknął mi z oczu. - Grzeje - powiedział. - Niemożliwe - zapewniłam go. - Dwa tygodnie już nie grzeje. Zrobił mi miejsce za kierownicą. Cholera, grzało. - I co, grzeje? - spytała męska obstawa z miną "lepiej dla ciebie, żeby nie grzało". Przytaknęłam przerażona i speszona. Mechanicy spojrzeli na siebie, potem na obstawę. Potem razem z obstawą spojrzeli na mnie. Znacząco. Potem ja spojrzałam na siebie ich oczami i zobaczyłam jak włosy mi blondzieją ze wstydu. Pierwszy wzruszył ramionami, drugi ziewnął, trzeci otworzył drzwi warsztatu. Wyjechałam.
A JPII tylko uśmiechnął się w niebiesiech, łobuz...
piątek, 27 stycznia 2012
Biurwa mać....
Biurowi umilacze czasu.... któż ich nie zna, któż ich nie kocha, któż przynajmniej dwa razy na tydzień nie ma ochoty wbić im plastikowego widelca w krtań, aby powstrzymać ich mętny słowotok.
sobota, 21 stycznia 2012
Spokojnie, to tylko zwolnienie
Z nieba od dłuższego czasu kapało, jak ze starej ścierki. Stęchlizna wdzierała się do domów, jeździła autobusami, kokosiła się na głównych ulicach miasta. Nawet do pachnących perfumami galerii handlowych dostawała się wnoszona na zawilgotniałych klientach. Nic dziwnego, że się rozchorowałam. Lekarz co prawda, rozglądając się po gardle, stwierdził zapalenie tego i tamtego, ale ja wiedziałam, że najbardziej dolega mi zmęczenie. I to nie antybiotyk mógł mnie wyleczyć, ale tydzień spokoju we własnym łóżku. Z diagnozą, zwolnieniem i receptą poczułam się naprawdę chora i zaraz, jak tylko wróciłam do domu - zaległam z ulgą i bez poczucia winy. To był wspaniały wieczór - prawdopodobnie. Pewności nie mam, bo go przespałam obłożona stereofonicznie kotami, mruczącymi piosenki Hanny Banaszak. Drugiego dnia obudził mnie dźwięk straszny. Dżwięk, którego obok budzika i burczenia w brzuchu, najbardziej na świecie nienawidzę - wierrrtarrrka. Słyszałam o adepcie sztuki wiertniczej, na którego od miesiąca skarżą się sąsiedzi. Na klatce schodowej wisiała nawet odezwa do tegoż, żeby się w swój łeb łaskawie wwiercił, zamiast psuć ludziom przedpołudnia. Odezwa zniknęła - wiercenie nie ustało, czego właśnie miałam dowód. Zaiste udręka. Najgorsze były te zacietrzewione jak nosorożce ataki wiertła po chwilach błogiej ciszy, z których każda mogła oznaczać koniec - a jednak żadna go nie oznaczała.... Trzeciego dnia - znowu jazgot, warczenie i ujadanie, przy którym adept sztuki wiertniczej brzmiałby komicznie, nawet jeśli włączyłby udar. To było epickie rzężenie dobiegające gdzieś ze świata zewnętrznego. Co więcej i bliżej, ze świata bezpośrednio za moim oknem. Jeśli Majowie koniec świata (tak, to już w tym roku!) przewidzieliby na styczeń, to myślałabym, że właśnie przedstawienie się zaczęło, a ja taka nieubrana. Bałam się co ujrzę po odsłonięciu rolet. Żółty buldożer nacierający na mój wieżowiec? Prawda okazała się znacznie gorsza - po odsłonięciu rolet nie zobaczyłam nic! Poprzednio cały widok stanowiło wielkie drzewo, które kołysząc gałęziami często odprowadzało mnie w ramiona Morfeusza, latem chroniło przed słońcem, a wieczorami przed sąsiedzkim okiem. Teraz drzewo zniknęło - a dokładniej, zmieniło pozycję z dumnie wertykalnej na żałoście horyzontalną. Na tym jednak bydgoska masakra piłą mechaniczną się nie zakończyła. Gdy powalono już wszystkie drzewa zacieniające ulicę, masakrowano je i beszczeszczono na oczach mieszkańców tak długo, aż zostały z nich tylko drewniane kloce (nie z mieszkańców, tylko z drzew). W piątek prace zakończono, po drzewach zostały tylko trociny, okolicznym kotom na kuwetę, a moje zwolnienie dobiegło końca. Dziś sobota. Budzę się - cisza aż w uszach dzwoni. Nagle.... "ciap ciap.... ciap". Leżę i bezradnie wsłuchuję się w plaskanie. Jutro niedziela, wiadomo, schabowy na obiad musi być. "Ciap ciap" - tłuczek sąsiadki bezdusznie rozbija świńska tkankę, zmieniając ją w kotlety. Ludzie, nie możecie raz zjeść w niedziele mielonych? Poduszka na głowie niezbyt skutecznie odcina mnie od hałasów tzw. domowego zacisza. O, po sąsiada z przeciwka przyjechali koledzy na quadach. Teraz wszyscy włączają silniki ale jeszcze nie odjeżdżają. Grzeją maszyny, aż pies drugiego sąsiada zaczyna na nich ujadać. Zaraz pewnie obudzi się szalony akordeonista, który od dwóch dni, piętro wyżej, niżej, czy za ścianą, ćwiczy gamy i pasaże. Niech jeszcze zagrzmią dzwony, zagra hejnał i rozdzwoni się telefon. Mamo, chcę do pracy!
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Breaking the law
Nie obrażę Władzy, jak powiem, że jej nie lubię? Jak obrażę i Władza przyjdzie wyciągać ze mnie konsekwencje, to już odwołuję, a nawet chętnie sobie zaprzeczę - byle z Władzą kontaktu mieć jak najmniej. Z jednej strony nie lubić może i nie mam powodu, bo Władza mogła dużo bardziej zepsuć mi dzień, a skończyło się na pouczeniu. Pędziłam na sygnale do weterynarza z chorym kotem, gdy nagle na skrzyżowaniu światło pomarańczowe, w najbardziej nieodpowiednim momencie, poczerwieniało złośliwie. Dla bezpieczeństwa swojego i innych uczestników ruchu postanowiłam gwałtownie nie hamować, chociaż za mną nie było nikogo chętnego przekraczać w tym momencie ani skrzyżowania, ani przepisów. W tej samej chwili radiowóz, który jak wszystkie radiowozy, pojawił się znikąd, zupełnie zbagatelizował przepisy i podążył koło w koło za mną i to - ach - tylko po to, żeby dotrzymać mi towarzystwa w tej smutnej chwili wykroczenia. Zacnie. Gdy zatrzymał się równo ze mną na sąsiednim pasie, patrzyłam uparcie przed siebie, jakbym nosiła kołnierz ortopedyczny uniemożliwiający szyjoskręt w lewo, lecz w tym czasie grania na zwłokę, przez moją głowę nie przebiegł żaden pomysł na dalsze życie z mandatem. No i w końcu jak długo można ignorować Władzę? Uległam na widok migoczącej na czerwono pałeczki, zachęcająco wskazującej pobocze. Jechałam i jechałam, zanim się oddałam w ręce policji. Nie chciałam zatrzymać się byle gdzie za jeszcze większy mandat, więc kluczyłam, aż znalazłam zaciszny parking, gdzie bez świadków miała nastąpić egzekucja. Nie mnie, tylko prawa. Drzwi mego auta otworzyła pani Władza, przedstawiając się ze stopnia i z nazwiska. Kusiło mnie, żeby odpowiedzieć tytułem magistra przed nazwiskiem, ale ugryzłam się w język, nie utrudniając tym samym śledztwa. Oczywiście, że zasłaniałam się Kiczką i bezwględną koniecznością natychmiastowej interwencji lekarskiej, pośpiechem, stresem i wszelakimi okolicznościami łagodzącymi, ale do rozmowy przyłączył się zupełnie niepotrzebnie męski organ ścigania. Począł on traktować mnie arogancko i niemiło, wcale nie rozumiejąc powagi sytuacji ani kota, ani mojej, obrzucając mnie kontrargumentami i w ogóle niepotrzebnie irytując się i emocjonując linią obrony. Kiczka na skutek zatrzymania pojazdu i otwarcia drzwi auta, myśląc może, że to już zły weterynarz przyszedł po nią z nożem, poczęła lamentować, wyraźnie artykułując każde "miau", co być może miało decydujący wpływ na ostateczny wyrok, który już znacie. Zostawiono mnie w aucie bez dokumentów na chwilę, która trwała wieczność, chociaż prosiłam, żeby załatwić sprawę szybko i bez rozlewu krwi. W końcu piękna pani Władza pojawiła się z pouczeniem na ustach i prawem jazdy w dłoni. Prawem jazdy wciąż nieskalanym punktami karnymi. Dziękuję pani. Naprawdę. A pan niech nie będzie takim organem, w mundurze też można być uprzejmym i karać z klasą. Dzwonek do drzwi. Przyszli po mnie?!
wtorek, 10 stycznia 2012
Wiek zepsuty (300 lat po Naruszewiczu)
Wszystko się psuje (takie nowe Panta Rhei). A jak już się zepsuje na amen, to albo się mówi "się kiedyś naprawi", albo macha się ręką i nalewa wina, albo się wymienia na takie samo, podobne lub zupełnie inne (całkiem uniwersalna reguła, chociaż oczu zepsutych przez komputer nie dotyczy). Psucie (się) to całkiem naturalne prawo i musimy się z nim godzić (mogę nie godzić się na psucie zębów - ale co z tego). Naturalnym wydaje się także, że psują się rzeczy stare i zużyte... Ja sama staram się żyć zgodnie z naturą - starzeję się i zużywam zgodnie z boskim planem, ale za to w moim domu panuje jakaś anarchia - psuje się nie to, co powinno. "Zamienię cię na nowszy model" - która pralka nie usłyszała tego przynajmniej raz w życiu... Moja słyszy to od kilku lat i nic. Słyszy to również mój telewizor i depilator. I mikser. I nowoczesny 5 lat temu aparat fotograficzny. Stare, wysłużone i mocno eksploatowane przez lata sprzęty mają gdzieś, że codziennie molestują mnie coraz większe reklamy coraz mniejszych urządzeń i że codziennie słyszę, że muszę to mieć, bo sąsiad już to ma. A ja mieć nie będę - bo póki się stare i, cholera, wciąż jare - nie rozleci, to głupio mi kupić nowe. Pozbyć się lojalnego, choć starego i niepięknego towarzysza - to takie okrutne (wiecie, drogie żony po pięćdziesiątce, o czym mówię). Przyznaję - ostatnio kupiłam nową suszarkę, mimo że stara jeszcze dycha. Szczerze tej starej nienawidziłam za swąd moich spalonych włosów, a mimo to zostawiłam ją w szafie na wypadek, gdyby się nowa zepsuła. Nowa zepsuła? Paradoks? Nie - w obecnych czasach to raczej norma, że psują się właśnie te coraz nowsze i świetniejsze sprzęty. Średnia życia pralki z trzydziestu lat, spadła do pięciu. Komórki po dwóch latach zaczynają już fiksować. Moja na przykład zaczęła losowo wybierać adresatów smsów (mało zabawne). Supermarketowe lampki choinkowe nie mają prawa dożyć drugich świąt. Wszystko tanieje, chińszczy się i niemalże rozpada w rękach. A jak się nie zdąży na czas zepsuć, to jak dotknięte progerią - dziadzieje ekspresowo, wychodzi z mody, kończąc jako zabawka w rękach coraz młodszych dzieciaków. A my? My tak samo - coraz młodsi i coraz bardziej zepsuci.
piątek, 09 grudnia 2011
Vypadki będące vpadkami
Nie mam orientacji, jak vygląda rozmnażanie papużek v nievoli, ale znajomej mojej siostry to się udało bez problemu (na vszelki vypadek od razu vyjaśnię, że znajoma siostry nie jest papużką, tylko vłaścicielką parki nierozłączek). Któregoś pięknego dnia, po romantycznej nocy, jaja zostały złożone, a potem vysiedziane zgodnie z pravami natury. I – jak skrycie przeczuvano – vykluły się z nich małe papużki, jedne bardziej, drugie mniej udane – także jak to v naturze byva. Szczególnie jedna – mały chłopiec papuga – odstavała od rodzeństva, a vłaścivie nogi jej odstavały i do tej pory odstają. Dokładnie nie viem co jest z nimi nie tak – moja siostra v relacji telefonicznej ograniczyła się do stvierdzenia, że nie vyrastają z miejsca, z którego povinny, ale szczegółóv nie podała. Szkoda, bo to frapujące. No ale v tej historyjce głóvną rolę odgryvają i tak tylko stopki, które u naszego kaleki są przykurczone i povykręcane, v zviązku z czym mały papug trzyma pion tylko jak za coś złapie pazurkami, obejmie i zaciśnie. Inaczej móviąc – lądując na róvnej povierzchni obala się v przód lub na boki, bo nie może rozciapierzyć stóp i ich rozpłaszczyć. Dla svego dobra, bezpieczeństva i komfortu, siada vięc vyłącznie na kravędziach, patykach, lub łazi po specjalnie dla niego zamontovanej sieci. Fascynuje mnie to, ile zavsze napiszę tytułem vstępu, zanim coś się vreszcie vydarzy. A vydarzyło się to, że siostry znajoma zostaviła otvarty garnek z zupą kalafiorovą... V zasadzie mogłabym już nic vięcej nie pisać, bo viadomo, co będzie, kto będzie i gdzie będzie. No ale usiadłam do komputera, żeby napisać notkę, a nie jej nie napisać, vięc proszę czytać i nie marudzić. No vięc papug usiadł sobie na kravędzi garnka, chociaż povinnam napisać - „pravdopodobnie usiadł”, gdyż śviadkóv samego siedzenia nie było. Zdrovy rozsądek podsuva jednak ten scenariusz, chociaż vykluczyć nie można, że na przykład zapikovał z povietrza prosto do zupy. Lub, że został do niej vrzucony. Chcę jednak vierzyć, że po prostu się omsknął siedząc na kravędzi garnka, zapatrzony v kalafiora. V każdym razie, gdy znajoma vróciła z pracy..... tu uspokajam czytelnikóv o słabych nervach – papug żyje. Znajoma zastała męża z mokrym ptakiem (vciąż mova o papudze), vyłovionym już z zupy, obranym z cząstek kalafiora, umytym i vłaśnie suszonym suszarką. Dryfujący vśród brukselek został zauvażony przed postavieniem garnka na ogniu, co uratovało i papuga, i zupę.
To koniec historyjki, ale nie notki. Bo jeszcze pozostając v temacie, to.... mojej siostrze..... vpadł kiedyś do herbaty chomik. Jak? Podczas zabavy. Chomik się vyryvał i uciekał (to pravdopodobnie ulubiona zabava chomikóv) i jeden z dzikich skokóv zakończył się v herbacie. Na szczęście nie był to vrzątek. Trochę szczęścia jednak mają te zvierzaki. I co dalej? Trochę się napił i zaczął płyvać v kółko jak variat, chociaż to była herbata ziołova na uspokojenie. Potem standard znany z historyjki o papudze – mycie i suszarka. I teraz to koniec i historyjki, i notki.
piątek, 11 listopada 2011
1 + 1 = 11
Dziś, v piervszą rocznicę 92giej rocznicy odzyskania niepodległości, oto na povierzchnię internetovej zupy vypłyva smakovite mięsko - płyta bydgoskiego zespołu Nihil Quest, zvana przez vąskie grono pochlebcóv „najczarniejszym debiutem roku 2011” lub v skrócie „najczarniejszym debiutem roku”. Osobiście uvażam, że data vydania płyty - 11-11-11- jest zupełnie przypadkova, chociaż nievykluczone, że zbiegnie się akurat z końcem śviata. Mimo oczyvistej jak dla mnie koincydencji, najaktyvniejsze ideologicznie frakcje polskiego społeczeństva już vidzą v tym povód do sporu, a każda na svój sposób dopatruje się zviązku liczby 11 z tytułem - „Splendid Isolation”. Obóz katolicki vidzi tu alienację Judasza vśród jedenastu apostołóv, szalikovcy zaś - bezsilność trenera patrzącego z boku, jak jego piłkarska jedenastka pogrąża mecz o vyjście z finału. Zresztą, vsłuchanie się v jedenaście (o, znovu ten przypadek!) vyrazistych utvoróv, z których najbardziej do gustu przypadły mi vszystkie jedenaście, na pevno podsunie vam vłasną interpretację.
Płyta „1.1 Splendid Isolation” jest vyjątkova dla mnie nie tylko pod vzględem muzycznym, ale także emocjonalnym. Często muzyka kojarzy się z jakimiś vażnymi momentami v życiu, też tak macie? V moim przypadku, płyta Nihil Quest nie tylko się z momentami kojarzy, ale navet bezpośrednio je spovodovała. Co vięcej – były to najgorsze momenty v moim życiu. Tak, proszę państva. Płyta „1.1 Splendid Isolation” przychodzi, żeby burzyć, niszczyć i mieć v povażaniu dotychczasovy porządek śviata. Vłączając ją możesz zapomnieć o szczęściu i błogim spokoju. Najgorzej, że gdy już raz jej posłuchasz, będzie pączkovać i rozvijać się v Tvoim vevnętrznym uchu jak zatruty bluszcz, znajdzie Cię tam, gdzie najmniej się tego spodzievasz, navet gdy zamykasz drzvi do toalety. Uvaga! Każdy, kto jest gotovy obcovać z muzyką przez vielkie NQ, może ściągnąć ją ze strony zespołu www.nihilquest.com. Za darmo i v dodatku legalnie. Promocja pravdopodobnie potrva do zavsze, vięc śpieszcie się melomani, bo nakład jest nieograniczony! Ocena płyty v skali 1-10, oczyviście 11.
niedziela, 28 sierpnia 2011
All I need is love
Schronisko dla zwierząt w Bydgoszczy KONTAKT W SPRAWIE ADOPCJI PROSZĘ PISAĆ:
ul. Grunwaldzka 298
Ambulatorium: 52 349 01 38
e-mail: azory@schronisko.org.pl w sprawie adopcji: j.nietupska@schronisko.org.pl
Schronisko czynne dla odwiedzających:
poniedziałek, wtorek, czwartek: 8.00 - 18.00 środa, piątek: 8.00 - 15.00 w dni wolne od pracy i święta: 13.00 - 15.00
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Cud niepamięci
Na mojej liście sprav do załatvienia (jedyny sposób, żeby je napravdę załatvić v - lub krótko po terminie) vidnieje od jakiś dvóch tygodni ZAKUP ŁADOVARKI. Na razie nie jest to artykuł piervszej potrzeby (póki mi się coś nie rozładuje) stąd pevna opieszałość v sfinalizovaniu spravy. Vczoraj podczas porządkóv vymuszonych przez vcześniejsze, histeryczne poszukivania śrubokręta, v miejscu dość dzivacznym, znalazłam ŁADOVARKĘ! Jakież było moje zdzivienie zastąpione pravie natychmiast radością, zastąpioną natychmiast ulgą, zastąpioną natychmiast zmęczeniem poszukivaniami śrubokręta! Pamiętam (czyżby?!) moją niedavną rozmovę z Vojtq, kiedy tłumaczył mi jaką ładovarkę povinnam kupić i gdzie vidział ostatnio ładovarki v cenach poróvnyvalnych do jakości (Biedronka). Natychmiast vięc zapragnęłam podzielić się z nim Dobrą Noviną o cudovnym znalezisku, ale nie odbierał telefonu. "Ach i tak jutro się z nim vidzę, to przy okazji mu poviem" - pomyślałam. Nie mogłam się doczekać, bo viedziałam, że on też się ucieszy - oznaczało to jeden problem mniej do marudzenia, którego musiałby vysłuchivać. Pevnie zastanaviacie się nad kvestią, jak mogłam nie pamiętać, że mam tę ładovarkę v domu. Czyżbym ją kupiła i zapomniała vykreślić z listy? Nie. Nigdy nie zapominam vykreślić z listy rzeczy, które udaje mi się v - lub krótko po terminie, załatvić. Moje vyjaśnienie jest inne i jest to vyprovadzka vspółmieszkacza Troczkarni, którego drobiazgi vciąż znajdują się v różnych domovych zakamarkach. Oczyviście, że zamierzałam oddać ładovarkę. No a jak? Ale póki co, na urlop mogłam zabrać, tę, pravda? Dziś po pracy miałam spotkać się z Vojtq. "Co ja mu chciałam poviedzieć vczoraj przez telefon?" - zastanaviałam się przez pół dnia. Coś zgubiłam?...... czy znalazłam?....... Coś jego? Coś mojego? Coś vażnego? Za cholerę nie mogłam sobie przypomnieć, czym miałam się z nim podzielić, mogła być to róvnie dobrze jakaś ciekavostka, np. że oko muchy składa się z 4 tys. oczek, ale chyba v takiej spravie bym do niego nie dzvoniła? Olśniło mnie, gdy go zobaczyłam. - Vojtq! - vykrzyknęłam. - Pamiętasz, że miałam kupić ładovarkę? Vyobraź sobie, że vczoraj znalazłam v szufladzie dokładnie taką jak chciałam!? Pevnie Andrzej zostavił, ale oddam mu dopiero po vakacjach. Ale przypadek, co? - ..... - No cooo? Myślałam, że się ucieszysz.... A przynajmniej rozśmieszysz.....yyy... - mina Vojtq zbiła mnie z tropu. - Dziecko, ja Ci dałem tę ładovarkę ze dva tygodnie temu, bo miałem dvie. To ładovarka ode mnie. Nie pamiętasz? V psychologii istnieje tzv. "vyparcie" ale żeby aż tak vyprzeć darovanie ładovarki? Hm...Może mi vmuszał? No faktycznie cośtam mi się przypomniało, gdy podał vięcej szczegółóv.... Się pośmialiśmy, chociaż nie viem, czy mam się śmiać, czy już gnać do apteki po Biovital i Ginko Biloba. Bo przytoczyć bym tu mogła co najmniej kilka anegdotek o moich problemach z pamięcią ale z oczyvistego povodu (nie pamiętam ich), ograniczę się do tej jednej - dla mnie samej, dość spektakularnej.
P.S. Chętnie napiszę czasem jakąś notkę, ale niech mi ktoś przypomni.
środa, 20 lipca 2011
Skok v niż
Jaki dziś dzień – vidzi każdy, a niektórzy także odczuvają (domyślni słusznie podejrzevają, że móvię o sobie). Pogodova makabreska. Chmury vlevają się do butóv, ciśnienie pikuje v dół, a povieki, ach te krnąbrne povieki, zamykają się bez ostrzeżenia. Po raz niepoliczalny przekonuję się, że kava może i przeszkadza zasnąć, ale nie pomaga się obudzić. Godzina mija za godziną, a ja vciąż trvam v trybie „leniviec”. Z braku gałęzi, zvisam z krzesła. Miłosierny pracodavca albo vie, że v taką pogodę nie ma sensu vymagać, albo sam zvisa podobnie, z vysokości svego skórzanego fotela (obie versje tak samo niepravdopodobne). Navet telefon nie dzvoni. Napravdę chciałabym coś zrobić, czymś się zająć. Nie tvierdzę, że to z ambicji - to żeby czas do 15stej szybciej minął. Ale zamiast zacisnąć pięści, albo tupnąć ze złości, mogę zaledvie vestchnąć. Oddycham volno, oscylując na kravędzi stanu alfa. Szum komputeróv otula jak ciepły koc. Druga kava? Szczyt naivności. Ale mam vybór? Piję. Tym razem efekt daje się szybko zauvażyć – tryb "leniviec" zostaje zastąpiony trybem „atak serca u lenivca”: tętno jak verbel, a ciśnienie bez zmian. Marzę, żeby ktoś dał mi v tvarz, przestraszył, odebrał zszyvacz - haust adrenaliny postaviłby mnie na nogi. Ale nikomu się nie chce. Vszyscy kivają się przy svoich biurkach, jak moczarki kanadyjskie. Życie tovarzyskie zamiera. Muzyka cichnie. Śviatło gaśnie. Vchodzi prezes. Precz maro! Ale to nie jest sen. Szczypię się v udo, a on uparcie vchodzi i pyta, czemu się szczypię. Uśmiechnięty, żyvotny, rumiany. Oto człoviek, który się niżovi nie kłaniał, co najvyżej ministrovi. My, szaraki v zgrzebnym pokoju bez dyvanu, jesteśmy jak uosobienie tego niżu za oknem, a on - vyż, słoneczny i suchy, móvi: "do dvunastej miałem dostać zestavienie sprzedaży". Ale o tym vięcej v następnej notce meteorologicznej pt. „Pogoda dla bogaczy”, której co pravda nie będzie, ale jakoś muszę vreszcie zakończyć tę rozpravkę i vziąć się do roboty.
poniedziałek, 11 lipca 2011
Ciocing czyli niedzielna randka z nieletnim
Byłam vczoraj v kinie. "Momentóv" nie było, bo repertuar vybierał chrześniak lat 11, vięc jak to v filmach dla dzieci byva - rządziły sceny valki dobra ze złem urozmaicane scenami valki zła ze złem lub tylko scenami valki. Pochvalę się, że tym razem nie przespałam całego filmu, a navet poczyniłam kilka observacji. Dzievczyno, szukasz faceta? Nie szlajaj się po dyskotekach, nie marnuj czasu v portalach randkovych - idź v niedzielę do kina na film dla dzieci. Trochę drogo vychodzi (bo musisz pożyczyć dzieciaka i zapłacić nie tylko za bilet, ale jeszcze za tyle żarcia i picia, jakby Ci pożyczyli odvodnioną i zagłodzoną sierotkę) i, co by nie móvić o skoku technologiczno – fabularnym v kinematografii dziecięcej – to jednak już nie to samo co stary, dobry Bolek i Lolek. Ale jeśli jesteś zdesperovana, to varto - 50% publiczności to niedzielni tatusiovie, z których viększość zapevne rozviedziona. Radzę omijać filmy 3D, bo okulary utrudniają naviązanie kontaktu vzrokovego i stajesz przed vyborem – albo nievyraźnie vidzisz film, albo tatusióv. Jeśli nie stać Cię na pożyczonego młodocianego statystę, opcjonalnie możesz vybrać się na mecz na vielkim ekranie v jakiś inny dzień tygodnia, ale szanse na zainteresovanie Tvoją osobą podczas meczu gvałtovnie maleją, a ty nudzisz się podvójnie. A na filmie jednak jest jakaśtam szansa, że vygrasz z kungfu pandą. Bilans seansu: Niemovle panda to vyciskacz łez, a co dopiero jak traci rodzicóv v masovej rzezi a la Herod i jego nieviniątka. Nie poryczałam się tylko dzięki zaavansovanej samodyscyplinie. V trakcie strasznej valki, modliszka (facet), gdy śmierć zagląda mu v oczy, móvi: „nie sądziłem, że tak skończę. Marzyłem, że gdy dorosnę, jakaś miła dzievczyna odgryzie mi głovę”. Heh. To, co mnie zdumiało, to dobór reklam przed filmem. Piervsza z przesłaniem „kac zabija, nie jedź póki nie vytrzeźviejesz”, kończy się malovniczą sceną masakry chłopczyka v vieku szkolnym pod kołami samochodu. Potem dla odreagovania (tu mój podopieczny ostrożnie odsłonił oczy) kilka reklam żelek, gum do żucia i potvornych zabavek, a potem znovu - to kont z miniratami, to maszynek do golenia, to palenia, które zabija, a na koniec reklama Tour de Pologne. Oburzona? Jasne! Ani jednej reklamy podpasek i proszku do prania!
piątek, 24 czerwca 2011
Diabli nadali festival czyli HELLFEST 2011 and other adventures
Etap 1 Namur. Belgijskie miasteczko zaskoczyło, bo nie dość, że było tam coś poza naszym hotelem, to jeszcze to coś było urocze i średniovieczne. Co vięcej – vielkie litery na plakatach i flagach davały do zrozumienia, że Namur to stolica (v domyśle Belgii, a może po prostu stolica) kultury i sztuki, gdzie jeden festival pogania następny. Vieczorem wybraliśmy się na słynne belgijskie pivo do knajpy, przez całą drogę vychvalając bogaty pivny asortyment na sklepovych vystavach i zastanawiając się które jest najlepsze i które zamóvimy. A tu, na pytanie „jakie pivo servujecie?” kelner odpowiedział: „duże i małe”. Yeeah. Decyzja i tak była trudna : ) Etap 2 Ve Francji dość szybko porzuciliśmy autostrady, bo fakt zdarcia z nas 15 EUR za piervszy i to dość krótki odcinek, spovodovał oburzenie i niesmak, vięc dalej podróżovaliśmy bocznymi drożynami (o jakości polskich autostrad), które kluczyły vśród vinnic, miasteczek i całego piękna Francji. Jechaliśmy i jechaliśmy, i jechalibyśmy nie viem jak długo jeszcze ale zatrzymał nas Atlantyk. Ze znalezieniem campingu nawet Krzysztof GPS Hołowczyc miał lekki problem ale v końcu dotarliśmy. Super opcja noclegova, z której, jak się okazało, korzystało sporo festivaloviczóv (www.campingduchene.fr). Etap 3 Hellfest to vielka feta pod hasłem „extreme music for extreme people”. Ze mnie co pravda żaden “extreme people”, chociaż po tym, co przeżyłam, już może trochę bardziej ;) Organizacyjnie niczym nie różni się od naszego Open’era ale pod vzględem klimatu i poziomu artystyczno-technicznego, poviedziałabym – coś z zupełnie innego kotła.
Uvielbiam spędy długovłosych mężczyzn i Hellfest pod tym vzględem był dużym przeżyciem estetycznym. Jeśli ktoś nie miał tam długich vłosóv, to przynajmniej vyglądał jakby miał je v czasie przeszłym, przyszłym lub trybie przypuszczającym. Tłum na Hellfest jest tak barvny (mimo vszechobecnej czerni), że sama observacja publiczności v przervach między koncertami, to dobra zabava. Oczyviście vszelkie przedmioty kultu chrześcijańskiego są tu vykorzystyvane do oporu v sposób bardziej lub mniej kontroversyjny. Tu i tam spotkać można zakonnice v habitach regular oraz mini (oboviązkovo plus pończochy), a także zakonnikóv v habitach, czasem dość niekompletnych (np. brak tyłu. Tak, całkiem brak tyłu. No, może oprócz paska od stringóv). Gość v cierniowym vianku z wielkim krzyżem na plecach też nikogo nie dzivił. Miły akcent – polska flaga povievającą nad tłumem vśród kilku innych. Nasi tu byli - yeah, ale byli tak napruci, że, chociaż chciałam się z nimi zbratać, szybka ocena sytuacji spraviła, że minęłam ich z tym szerokim uśmiechem, z którym do nich szłam.
Nie ma sensu sprovadzać przebiegu festiwalu do formy pigułki i pisać kto zagrał i jak – jeśli ktoś ciekav, to odsyłam na www.hellfest.fr/artistes. To był najpravdę vyjątkovy weekend, chociaż dość męczący (9-4-11 godzin stania. Siadanie odpadało, bo travę moczył deszcz zsyłany złoślivie przez niebiosa). Krótko - zdecydovanie najviększe i najbardziej udane vydarzenie muzyczne ostatnich lat v moim kalendarium subiektyvnym. Vszyscy vielcy, dla których tam pojechałam, ostro dali czadu. Jedynie żal mi tego, że na sam koniec musiałam vybierać między dvoma favorytami. Nie żałuję, że zostałam na Kyuss ale teraz na vszelki vypadek, starannie omijam na youtube filmiki z koncertu Opeth, żeby nie viedzieć, co straciłam. Etap 3 V drodze povrotnej zahaczyliśmy o Brugię, o której marzyłam od parę lat, a zavsze było nie-po-drodze. Słóv brak – za to zdjęć dużo.
Przy okazji polecam hostel Lybeer v samym sercu staróvki (www.hostellybeer.com). Super miejsce, very friendly pod każdym vzględem. Internet (VRESZCIEEEE), śniadanie, super obsługa, vidok z okna na średnioviecze, fitness v postaci stromych schodóv + pokoju na ostatniej kondygnacji. Varunki ok ale raczej nie dla rozpieszczonych i żądnych luksusu. Etap 4 Koniec podróży – Hamburg i gościnny dom mojej siostry. I tu ciekavostka. Jej dziesięcioletni synek posiadł i vielokrotnie zademonstrował, ku mojej uciesze, niebyvałą umiejętność płynnego móvienia od końca - nie tylko vyrazóv, ale całych zdań. Ba, akapitów! I to po polsku lub po niemiecku. Oczyviście zostało to vielokrotnie spravdzone przez sceptyków i udovodnione jest, że jego vsteczny bieg v movie działa popravnie. Taki pokaz robi przedzivne vrażenie i budzi dreszczyk. Kto oglądał "Egzorcystę", to mniej vięcej vie o co chodzi. Poniekąd jestem z niego dumna : )
No i to chyba tyle? Teraz piję syropek i zajmuję się zvalczaniem hevimetalovego przeziębienia. Ech, życie....
sobota, 07 maja 2011
Troczkarnia welcome to
Mamelion napisał książkę. Książka ma małe problemy okołoporodove z uvagi na restrukturyzację vydavnictva, które się podjęło. Ale Mamelion nie z tych, co biernie przyglądają się, jak ich plany dostają v łeb. Metody konvencjonalne zaviodły, jak zvykle, vięc nasz ukochany Mamelion sięgnął po remedium aż do Chin. Tych starożytnych. Feng shui (vym. feng szui (ignoranci), feng szua (Chińczycy) lub feng szuei (tzv. specjaliści)) - oto narzędzie, które v dom i życie vprovadzi pożądaną harmonię i uporządkuje za nas (a raczej przy naszej pomocy, lub chociaż przy braku sprzecivu) spravy doczesne (vieczne aranżuje inna instancja). Piervszym krokiem v odmęty geomancji jest zapoznanie się z tzv. siatką ba gua. Oto ona:
Chodzi o to (pevnie vszyscy viedzą), żeby na tę siatkę nałożyć plan vłasnego mieszkania i po piervsze, zorientovać się, na jakie pomieszczenia przypadają elementy siatki oznaczające poszczególne sfery życia, a po drugie odpoviednio vzmacniać te sfery, które szvankują. No i Mamelion popracovał nad sferą tvórczości i kariery, zapełniając je kvitnącymi kviatami, kryształami i przedmiotami v kolorze czervonym (śrubokręty z czervonymi rękojeściami nadały się, jak najbardziej, także : ) ). A potem vcisnął siatkę ba gua mi, abym i ja popracovała, v vyniku czego przyjrzałam się mojej troczkarni uvażniej i viele rzeczy natychmiast stało się jasne. Zapraszam na virtualny spacer po troczkarni i tym samym po moich sukcesach i porażkach aranżacyjnych i życiovych. Kava? Herbata? Nie, tylko spacer. No dobrze. Przekraczając próg, vkraczamy v strefę kariery. Zamiast obrazóv z motyvem góry, dyplomóv i vyróżnień, rzuca się nam v oczy szafka zapchana butami, a o tym kto vszedł, i że to vłaśnie my, informuje nas mnogość luster dookoła, co na dłuższą metę może zaovocovać narcyzmem, bądź odvrotnie - totalnym znudzeniem svoim vizerunkiem. Ale na pevno pomaga go kreovać, a o to v karierze też chodzi, right? Proszę dalej. Koty, nie sikać do butóv Państva. Oto vkraczamy do pokoju gościnnego. V sferze "przyjaciele" - vielka szafa - zakała tego domu. Z vszystkich sił pragnę się jej pozbyć, a jednak na brak przyjaciół nie mogę narzekać. I nic mi nie viadomo o tym, żeby szafa była vypchana (vide ba gua) szlachetnymi kamieniami, lub aniołami (lub, tym bardziej - przyjaciółmi). Strefa "dzieci i tvórczość" troche zaskakuje, gdyż faktycznie zapełniona jest portretami moich kotóv. Proszę, jak intuicyjnie podeszłam do tematu. "Zviązki" - tę strefę należałoby zasilić parą takich samych przedmiotóv (mogą być buty?), obrazami kviatóv (mogą być żyve, które ciągle viędną, bo zapominam ich podlevać?) lub kryształam rozszczepiającymi śviatło (nie mam - VŁAŚNIE!) - i zobaczymy, co będzie. V strefie słavy przebyvam najczęściej. I za dnia (komputer + łóżko), i v nocy (komputer + łóżko). Aktyvność v tej strefie, kolor ścian karminovoczervony i mnogość śviec, czyni mnie może i słavną v pevnym sensie, ale to v bardzo vąskich kręgach ; ) Przyśpieszmy. Strefa bogactva i pomyślności to kuchnia. Ani monet v szklanym naczyniu (eurokonto), ani akvakrium (ryba jak już się pojavia, to natychmiast zostaje usmażona), ani obrazóv ryb (płaskorzeźba czosnku : / ). To viele vyjaśnia. Strefa rodziny i zdrovia. Najvyraźniej obie te sfery olevam. Strefa vypada v vc, gdzie umieszczanie fotografii rodzinnych vydaje mi się z lekka krępujące. O chryzantemach pomyślę, jak mi zdrovie zacznie szvankovać. Póki co, niech vystarczy papier toaletovy v stokrotki. V strefie viedzy i mądrości zamiast książek piętrzą się kremy, cienie do poviek i tusze do rzęs. Tak, to viele vyjaśnia, vięc proszę nie oczekivać jakiejś głębi po moich vpisach na blogu. Ba gua śpieszy z pomocą mojemu intelektovi, pocieszając, że figurka słonia może pomóc - ale napravdę nie chcę tak o sobie myśleć, zvłaszcza gdy staję na vadze łazienkovej. Śpieszy mi się trochę, vięc pozvolicie państvo, że skończymy bez vnioskóv i konkluzji, zavrócimy do strefy kariery (zavrotnej), miniemy ją i znajdziemy się za drzviami tego nad vyraz gościnnego domu - pogoda taka ładna, trzeba korzystać....
piątek, 22 kwietnia 2011
Bad Monday, Good Friday
No tak... Chociaż vydaje się to niepravdopodobne, jest ktoś, kto chyba jednak voli poniedziałki...
P.S. 1 I tak lubię piątki.... P.S. 2 .... ale jestem otvarta na zmiany i jeśli vtorek i środa będą volne.... Vszystko v rękach Boga : )
piątek, 15 kwietnia 2011
Uczyć (się) baviąc (się)
Varsztaty "studium portretu". Grupka ludzi, parę godzin razem i już się robi dość svobodnie. Takietam mini dialogi, na gorąco, z dzisiejszych zajęć. *** Provadzący: Gdzie najpierv kieruje się państva vzrok, gdy patrzycie na portret...? Kursant (po cichu): Na cycki Provadzący (usłyszał i z naciskiem): .... portret mężczyzny na przykład Kursantka: Na klatę Kursant: No, móviłem Provadzący (facepalm): Poraz kolejny teoria okazała się nie mieć nic vspólnego z praktyką. Teoria fotografii móvi, że na tvarz, proszę państva. Kursant: No pevnie że na tvarz, żartovałem z tymi cyckami. Provadzący: Eeee... tak tylko pan móvi. *** Provadzący: Jakie na tym portrecie vidzimy analogie? Kursant: Van Gogh? Provadzący: Skąd tu Van Gogh, na miłość boską!? Kursant: Ucho jest obcięte (v sensie nie mieści się v kadrze - przyp. Troczki). Provadzący (facepalm) *** Provadzący: Jak już vam się uda gdzieś dorvać niemovlę, to vtedy trzeba trzaskać ile vlezie. Valić niemalże na oślep, seriami. Kursantka: Pachnie rzeźnią i prokuratorem. (vciąż mova o zdjęciach - przyp. Troczki) *** Kursant: Łaaał, ale super to zdjęcie perkusji.... Kursantka: Jesteś muzykiem? Kursant (oburzony): Kurde, dlaczego jak facet ma długie vłosy, to vszyscy od razu myślą, że jest muzykiem!? (oczyviście, że jest muzykiem - przyp. Troczki : D ) A na dobranoc - moje miasto nocą
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
|