Bez cenzury Bez namysłu Bez sensu
Kategorie: Wszystkie | Coś śmiesznego | Kociamuza | Nic śmiesznego
RSS
piątek, 27 stycznia 2012
Biurwa mać....

Biurowi umilacze czasu.... któż ich nie zna, któż ich nie kocha, któż przynajmniej dwa razy na tydzień nie ma ochoty wbić im plastikowego widelca w krtań, aby powstrzymać ich mętny słowotok.

Umilacz czasu najczęściej wpada do ciebie w momencie, gdy

a)    po ostrej harówce nawet nie masz siły wstać i napić się herbaty,
b)    znudzony internetem, gapieniem się w dal i chrupaniem krakersów, akurat postanowiłeś wziąć się do pracy.

Umilacz czasu jest święcie przekonany, że jego wizyta jest dla ciebie frajdą, że nie możesz doczekać, aż opowie ci co u niego, jakby co najmniej wracał z międzygwiezdnej wyprawy. Albo z castingu do filmu z Angeliną Jolie. Albo z zakupów w Ikei. Jego twarz od samych drzwi promienieje – bo przecież przyszedł, żeby cię uszczęśliwić i to twoja radość go cieszy, mimo że na twej twarzy próżno szukać jej oznak. Ale on sprawi, że promienny uśmiech rozciągnie ci usta, a oczy rozbłysną - to nic, że dopiero na sam koniec odwiedzin, gdy już trzyma klamkę mówiąc: „muszę lecieć, robota czeka”. Widząc Twoje rozpromienione oblicze on wie, że misję wykonał, że nic, tylko czekać aż szczęście powróci do niego przefiltrowane przez prawo karmy.

Możesz zastanawiać się dlaczego uparł się akurat na ciebie, dlaczego tobie właśnie w szczegółach objaśnia jak przebiega remont i na co choruje teścia siostra. Wyjaśnienie jest proste, choć przygnębiające. Jesteś tylko elementem jego wielkiej biurowej społeczności. Jesteś tylko kolejną okazją, aby jeszcze raz sam usłyszał to, co ma do powiedzenia. Zobacz z jakim zaangażowaniem opowiada, jak przeżywa, jak gestykuluje i robi miny – mimo, że ten sam wywód powtarza dziś już piąty raz. Też przecież mogło by mu się nie chcieć, ale umilanie czasu w biurze to jego misja i wewnętrzny imperatyw. Ty już dawno byś oklapł, już po drugiej wizycie by ci się nie chciało. A on? Patrz i podziwiaj. Niekoniecznie słuchaj. Kiedyś przynajmniej kiwałam głową na znak, że uczestniczę. Szkoda zachodu, nie trzeba. Wystarczy, że jesteś wystarczająco bierny, by go wywalić z pokoju.

Czasoumilacz nigdy nie pyta, czy nie przeszkadza. On przychodzi i staje się priorytetem. Sam robi sobie kawę, złośliwie przy tym komentując, że znowu nie masz rozpuszczalnej.

Zdarza się, że naprawdę przeszkadza – co wtedy?

Etap pierwszy – nie podtrzymujesz rozmowy. Nie działa nawet na poziomie zaawansowanym, połączonym z unikaniem kontaktu wzrokowego. Nie działa nawet na poziomie supereksperckim, gdy chowasz się za monitorem i nawalasz w klawiaturę cokolwiek, byle intensywnie.

Etap drugi – uprzejmie mówisz, że jesteś zajęty. Nie działa. Siada i opowiadanie zaczyna od: „a co ty masz takiego do roboty? Ja  to dopiero zarobiony jestem, wiesz remont...(15min.)... a do pracy przychodzę żeby odpocząć”. Acha.

Etap trzeci – obie fazy w jednej plus bardzo poważna mina. Nie działa. Siada i mówi – „to ja nie będę przeszkadzać” – i zaczyna od czegokolwiek, co i tak za chwilę doprowadza do remontu.

Sposób czwarty – dajesz się ponieść emocjom – zwłaszcza jeśli naprawdę masz pilną robotę, a przechodząc przed chwilą obok innego pokoju słyszałeś mimowolnie jego monolog o remoncie. Odgrywasz za biurkiem mały spektakl, na który składa się wyżywanie złości na komputerze i besztanie leżących na biurku dokumentów. Działa o tyle, że podczas spektaklu, umilacz zachowuje ciszę, obserwując uważnie twój szał. Jeśli popis trwa wystarczająco długo, a ty konsekwentnie go nie zauważasz, on wychodzi, a ty przepraszasz komputer i dokumenty, że byłeś dla nich niemiły.
Acha, jeśli chcesz usłyszeć, że masz problemy rodzinne, że nie radzisz sobie w pracy i że masz menopauzę – stań pod drzwiami jego następnej ofiary. Ale śpiesz się, bo tobie poświęci tylko 5 minut. Przecież ma jeszcze tyle do opowiedzenia o remoncie.


sobota, 21 stycznia 2012
Spokojnie, to tylko zwolnienie

Z nieba od dłuższego czasu kapało, jak ze starej ścierki. Stęchlizna wdzierała się do domów, jeździła autobusami, kokosiła się na głównych ulicach miasta. Nawet do pachnących perfumami galerii handlowych dostawała się wnoszona na zawilgotniałych klientach.

Nic dziwnego, że się rozchorowałam.

Lekarz co prawda, rozglądając się po gardle, stwierdził zapalenie tego i tamtego, ale ja wiedziałam, że najbardziej dolega mi zmęczenie. I to nie antybiotyk mógł mnie wyleczyć, ale tydzień spokoju we własnym łóżku. Z diagnozą, zwolnieniem i receptą poczułam się naprawdę chora i zaraz, jak tylko wróciłam do domu - zaległam z ulgą i bez poczucia winy. To był wspaniały wieczór - prawdopodobnie. Pewności nie mam, bo go przespałam obłożona stereofonicznie kotami, mruczącymi piosenki Hanny Banaszak.

Drugiego dnia obudził mnie dźwięk straszny. Dżwięk, którego obok budzika i burczenia w brzuchu, najbardziej na świecie nienawidzę - wierrrtarrrka. Słyszałam o adepcie sztuki wiertniczej, na którego od miesiąca skarżą się sąsiedzi. Na klatce schodowej wisiała nawet odezwa do tegoż, żeby się w swój łeb łaskawie wwiercił, zamiast psuć ludziom przedpołudnia. Odezwa zniknęła - wiercenie nie ustało, czego właśnie miałam dowód. Zaiste udręka. Najgorsze były te zacietrzewione jak nosorożce ataki wiertła po chwilach błogiej ciszy, z których każda mogła oznaczać koniec - a jednak żadna go nie oznaczała.... 

Trzeciego dnia - znowu jazgot, warczenie i ujadanie, przy którym adept sztuki wiertniczej brzmiałby komicznie, nawet jeśli włączyłby udar. To było epickie rzężenie dobiegające gdzieś ze świata zewnętrznego. Co więcej i bliżej, ze świata bezpośrednio za moim oknem. Jeśli Majowie koniec świata (tak, to już w tym roku!) przewidzieliby na styczeń, to myślałabym, że właśnie przedstawienie się zaczęło, a ja taka nieubrana. Bałam się co ujrzę po odsłonięciu rolet. Żółty buldożer nacierający na mój wieżowiec? Prawda okazała się znacznie gorsza - po odsłonięciu rolet nie zobaczyłam nic! Poprzednio cały widok stanowiło wielkie drzewo, które kołysząc gałęziami często odprowadzało mnie w ramiona Morfeusza, latem chroniło przed słońcem, a wieczorami przed sąsiedzkim okiem. Teraz drzewo zniknęło - a dokładniej, zmieniło pozycję z dumnie wertykalnej na żałoście horyzontalną. Na tym jednak bydgoska masakra piłą mechaniczną się nie zakończyła. Gdy powalono już wszystkie drzewa zacieniające ulicę, masakrowano je i beszczeszczono na oczach mieszkańców tak długo, aż zostały z nich tylko drewniane kloce (nie z mieszkańców, tylko z drzew).

W piątek prace zakończono, po drzewach zostały tylko trociny, okolicznym kotom na kuwetę, a moje zwolnienie dobiegło końca. 

Dziś sobota. Budzę się - cisza aż w uszach dzwoni. Nagle.... "ciap ciap.... ciap". Leżę i bezradnie wsłuchuję się w plaskanie. Jutro niedziela, wiadomo, schabowy na obiad musi być. "Ciap ciap" - tłuczek sąsiadki bezdusznie rozbija świńska tkankę, zmieniając ją w kotlety. Ludzie, nie możecie raz zjeść w niedziele mielonych? Poduszka na głowie niezbyt skutecznie odcina mnie od hałasów tzw. domowego zacisza. O, po sąsiada z przeciwka przyjechali koledzy na quadach. Teraz wszyscy włączają silniki ale jeszcze nie odjeżdżają. Grzeją maszyny, aż pies drugiego sąsiada zaczyna na nich ujadać. Zaraz pewnie obudzi się szalony akordeonista, który od dwóch dni, piętro wyżej, niżej, czy za ścianą, ćwiczy gamy i pasaże. Niech jeszcze zagrzmią dzwony, zagra hejnał i rozdzwoni się telefon.

Mamo, chcę do pracy!

poniedziałek, 16 stycznia 2012
Breaking the law

Nie obrażę Władzy, jak powiem, że jej nie lubię? Jak obrażę i Władza przyjdzie wyciągać ze mnie konsekwencje, to już odwołuję, a nawet chętnie sobie zaprzeczę - byle z Władzą kontaktu mieć jak najmniej. 

Z jednej strony nie lubić może i nie mam powodu, bo Władza mogła dużo bardziej zepsuć mi dzień, a skończyło się na pouczeniu.

Pędziłam na sygnale do weterynarza z chorym kotem, gdy nagle na skrzyżowaniu światło pomarańczowe, w najbardziej nieodpowiednim momencie, poczerwieniało złośliwie. Dla bezpieczeństwa swojego i innych uczestników ruchu postanowiłam gwałtownie nie hamować, chociaż za mną nie było nikogo chętnego przekraczać w tym momencie ani skrzyżowania, ani przepisów.

W tej samej chwili radiowóz, który jak wszystkie radiowozy, pojawił się znikąd, zupełnie zbagatelizował przepisy i podążył koło w koło za mną i to - ach - tylko po to, żeby dotrzymać mi towarzystwa w tej smutnej chwili wykroczenia. Zacnie. Gdy zatrzymał się równo ze mną na sąsiednim pasie, patrzyłam uparcie przed siebie, jakbym nosiła kołnierz ortopedyczny uniemożliwiający szyjoskręt w lewo, lecz w tym czasie grania na zwłokę, przez moją głowę nie przebiegł żaden pomysł na dalsze życie z mandatem. No i w końcu jak długo można ignorować Władzę? Uległam na widok migoczącej na czerwono pałeczki, zachęcająco wskazującej pobocze.

Jechałam i jechałam, zanim się oddałam w ręce policji. Nie chciałam zatrzymać się byle gdzie za jeszcze większy mandat, więc kluczyłam, aż znalazłam zaciszny parking, gdzie bez świadków miała nastąpić egzekucja. Nie mnie, tylko prawa. 

Drzwi mego auta otworzyła pani Władza, przedstawiając się ze stopnia i z nazwiska. Kusiło mnie, żeby odpowiedzieć tytułem magistra przed nazwiskiem, ale ugryzłam się w język, nie utrudniając tym samym śledztwa. 

Oczywiście, że zasłaniałam się Kiczką i bezwględną koniecznością natychmiastowej interwencji lekarskiej, pośpiechem, stresem i wszelakimi okolicznościami łagodzącymi, ale do rozmowy przyłączył się zupełnie niepotrzebnie męski organ ścigania. Począł on traktować mnie arogancko i niemiło, wcale nie rozumiejąc powagi sytuacji ani kota, ani mojej, obrzucając mnie kontrargumentami i w ogóle niepotrzebnie irytując się i emocjonując linią obrony. Kiczka na skutek zatrzymania pojazdu i otwarcia drzwi auta, myśląc może, że to już zły weterynarz przyszedł po nią z nożem, poczęła lamentować, wyraźnie artykułując każde "miau", co być może miało decydujący wpływ na ostateczny wyrok, który już znacie. Zostawiono mnie w aucie bez dokumentów na chwilę, która trwała wieczność, chociaż prosiłam, żeby załatwić sprawę szybko i bez rozlewu krwi. W końcu piękna pani Władza pojawiła się z pouczeniem na ustach i prawem jazdy w dłoni. Prawem jazdy wciąż nieskalanym punktami karnymi. Dziękuję pani. Naprawdę.

A pan niech nie będzie takim organem, w mundurze też można być uprzejmym i karać z klasą.

Dzwonek do drzwi. Przyszli po mnie?!

wtorek, 10 stycznia 2012
Wiek zepsuty (300 lat po Naruszewiczu)

Wszystko się psuje (takie nowe Panta Rhei). 

A jak już się zepsuje na amen, to albo się mówi "się kiedyś naprawi", albo macha się ręką i nalewa wina, albo się wymienia na takie samo, podobne lub zupełnie inne (całkiem uniwersalna reguła, chociaż oczu zepsutych przez komputer nie dotyczy).

Psucie (się) to całkiem naturalne prawo i musimy się z nim godzić (mogę nie godzić się na psucie zębów - ale co z tego). Naturalnym wydaje się także, że psują się rzeczy stare i zużyte...

Ja sama staram się żyć zgodnie z naturą - starzeję się i zużywam zgodnie z boskim planem, ale za to w moim domu panuje jakaś anarchia - psuje się nie to, co powinno. 

"Zamienię cię na nowszy model" - która pralka nie usłyszała tego przynajmniej raz w życiu... Moja słyszy to od kilku lat i nic. Słyszy to również mój telewizor i depilator. I mikser. I nowoczesny 5 lat temu aparat fotograficzny. Stare, wysłużone i mocno eksploatowane przez lata sprzęty mają gdzieś, że codziennie molestują mnie coraz większe reklamy coraz mniejszych urządzeń i że codziennie słyszę, że muszę to mieć, bo sąsiad już to ma. A ja mieć nie będę - bo póki się stare i, cholera, wciąż jare - nie rozleci, to głupio mi kupić nowe. Pozbyć się lojalnego, choć starego i niepięknego towarzysza - to takie okrutne (wiecie, drogie żony po pięćdziesiątce, o czym mówię).

Przyznaję - ostatnio kupiłam nową suszarkę, mimo że stara jeszcze dycha. Szczerze tej starej nienawidziłam za swąd moich spalonych włosów, a mimo to zostawiłam ją w szafie na wypadek, gdyby się nowa zepsuła. Nowa zepsuła? Paradoks? Nie - w obecnych czasach to raczej norma, że psują się właśnie te coraz nowsze i świetniejsze sprzęty. Średnia życia pralki z trzydziestu lat, spadła do pięciu. Komórki po dwóch latach zaczynają już fiksować. Moja na przykład zaczęła losowo wybierać adresatów smsów (mało zabawne). Supermarketowe lampki choinkowe nie mają prawa dożyć drugich świąt. Wszystko tanieje, chińszczy się i niemalże rozpada w rękach. A jak się nie zdąży na czas zepsuć, to jak dotknięte progerią - dziadzieje ekspresowo, wychodzi z mody, kończąc jako zabawka w rękach coraz młodszych dzieciaków. 

A my? My tak samo - coraz młodsi i coraz bardziej zepsuci. 

piątek, 09 grudnia 2011
Vypadki będące vpadkami

Nie mam orientacji, jak vygląda rozmnażanie papużek v nievoli, ale znajomej mojej siostry to się udało bez problemu (na vszelki vypadek od razu vyjaśnię, że znajoma siostry nie jest papużką, tylko vłaścicielką parki nierozłączek). Któregoś pięknego dnia, po romantycznej nocy, jaja zostały złożone, a potem vysiedziane zgodnie z pravami natury. I – jak skrycie przeczuvano – vykluły się z nich małe papużki, jedne bardziej, drugie mniej udane – także jak to v naturze byva. Szczególnie jedna – mały chłopiec papuga – odstavała od rodzeństva, a vłaścivie nogi jej odstavały i do tej pory odstają. Dokładnie nie viem co jest z nimi nie tak – moja siostra v relacji telefonicznej ograniczyła się do stvierdzenia, że nie vyrastają z miejsca, z którego povinny, ale szczegółóv nie podała. Szkoda, bo to frapujące. No ale v tej historyjce głóvną rolę odgryvają i tak tylko stopki, które u naszego kaleki są przykurczone i povykręcane, v zviązku z czym mały papug trzyma pion tylko jak za coś złapie pazurkami, obejmie i zaciśnie. Inaczej móviąc – lądując na róvnej povierzchni obala się v przód lub na boki, bo nie może rozciapierzyć stóp i ich rozpłaszczyć. Dla svego dobra, bezpieczeństva i komfortu, siada vięc vyłącznie na kravędziach, patykach, lub łazi po specjalnie dla niego zamontovanej sieci.

Fascynuje mnie to, ile zavsze napiszę tytułem vstępu, zanim coś się vreszcie vydarzy.

A vydarzyło się to, że siostry znajoma zostaviła otvarty garnek z zupą kalafiorovą... V zasadzie mogłabym już nic vięcej nie pisać, bo viadomo, co będzie, kto będzie i gdzie będzie. No ale usiadłam do komputera, żeby napisać notkę, a nie jej nie napisać, vięc proszę czytać i nie marudzić. No vięc papug usiadł sobie na kravędzi garnka, chociaż povinnam napisać - „pravdopodobnie usiadł”, gdyż śviadkóv samego siedzenia nie było. Zdrovy rozsądek podsuva jednak ten scenariusz, chociaż vykluczyć nie można, że na przykład zapikovał z povietrza prosto do zupy. Lub, że został do niej vrzucony. Chcę jednak vierzyć, że po prostu się omsknął siedząc na kravędzi garnka, zapatrzony v kalafiora. V każdym razie, gdy znajoma vróciła z pracy..... tu uspokajam czytelnikóv o słabych nervach – papug żyje. Znajoma zastała męża z mokrym ptakiem (vciąż mova o papudze), vyłovionym już z zupy, obranym z cząstek kalafiora, umytym i vłaśnie suszonym suszarką. Dryfujący vśród brukselek został zauvażony przed postavieniem garnka na ogniu, co uratovało i papuga, i zupę.

papug zupa

To koniec historyjki, ale nie notki. Bo jeszcze pozostając v temacie, to.... mojej siostrze..... vpadł kiedyś do herbaty chomik. Jak? Podczas zabavy. Chomik się vyryvał i uciekał (to pravdopodobnie ulubiona zabava chomikóv) i jeden z dzikich skokóv zakończył się v herbacie. Na szczęście nie był to vrzątek. Trochę szczęścia jednak mają te zvierzaki. I co dalej? Trochę się napił i zaczął płyvać v kółko jak variat, chociaż to była herbata ziołova na uspokojenie. Potem standard znany z historyjki o papudze – mycie i suszarka.

I teraz to koniec i historyjki, i notki.

piątek, 11 listopada 2011
1 + 1 = 11

Dziś, v piervszą rocznicę 92giej rocznicy odzyskania niepodległości, oto na povierzchnię internetovej zupy vypłyva smakovite mięsko - płyta bydgoskiego zespołu Nihil Quest, zvana przez vąskie grono pochlebcóv „najczarniejszym debiutem roku 2011” lub v skrócie „najczarniejszym debiutem roku”. Osobiście uvażam, że data vydania płyty - 11-11-11- jest zupełnie przypadkova, chociaż nievykluczone, że zbiegnie się akurat z końcem śviata. Mimo oczyvistej jak dla mnie koincydencji, najaktyvniejsze ideologicznie frakcje polskiego społeczeństva już vidzą v tym povód do sporu, a każda na svój sposób dopatruje się zviązku liczby 11 z tytułem - „Splendid Isolation”. Obóz katolicki vidzi tu alienację Judasza vśród jedenastu apostołóv, szalikovcy zaś - bezsilność trenera patrzącego z boku, jak jego piłkarska jedenastka pogrąża mecz o vyjście z finału. Zresztą, vsłuchanie się v jedenaście (o, znovu ten przypadek!) vyrazistych utvoróv, z których najbardziej do gustu przypadły mi vszystkie jedenaście, na pevno podsunie vam vłasną interpretację.

Płyta „1.1 Splendid Isolation” jest vyjątkova dla mnie nie tylko pod vzględem muzycznym, ale także emocjonalnym. Często muzyka kojarzy się z jakimiś vażnymi momentami v życiu, też tak macie? V moim przypadku, płyta Nihil Quest nie tylko się z momentami kojarzy, ale navet bezpośrednio je spovodovała. Co vięcej – były to najgorsze momenty v moim życiu. Tak, proszę państva. Płyta „1.1 Splendid Isolation” przychodzi, żeby burzyć, niszczyć i mieć v povażaniu dotychczasovy porządek śviata. Vłączając ją możesz zapomnieć o szczęściu i błogim spokoju. Najgorzej, że gdy już raz jej posłuchasz, będzie pączkovać i rozvijać się v Tvoim vevnętrznym uchu jak zatruty bluszcz, znajdzie Cię tam, gdzie najmniej się tego spodzievasz, navet gdy zamykasz drzvi do toalety.

Uvaga! Każdy, kto jest gotovy obcovać z muzyką przez vielkie NQ, może ściągnąć ją ze strony zespołu www.nihilquest.com. Za darmo i v dodatku legalnie. Promocja pravdopodobnie potrva do zavsze, vięc śpieszcie się melomani, bo nakład jest nieograniczony!

Ocena płyty v skali 1-10, oczyviście 11.

 

 

niedziela, 28 sierpnia 2011
All I need is love

Shoggy


Schronisko dla zwierząt w Bydgoszczy
przyjazne ludziom i zwierzętom


KONTAKT W SPRAWIE ADOPCJI PROSZĘ PISAĆ:

j.nietupska@schronisko.org.pl

 

ul. Grunwaldzka 298
85-438 Bydgoszcz


Tel./fax: 52 372 21 30 / 52 349 03 90

Ambulatorium: 52 349 01 38

 

e-mail: azory@schronisko.org.pl 

w sprawie adopcji: j.nietupska@schronisko.org.pl

 

 Schronisko czynne dla odwiedzających:

 

poniedziałek, wtorek, czwartek: 8.00 - 18.00

środa, piątek: 8.00 - 15.00

w dni wolne od pracy i święta: 13.00 - 15.00

poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Cud niepamięci

Na mojej liście sprav do załatvienia (jedyny sposób, żeby je napravdę załatvić v - lub krótko po terminie) vidnieje od jakiś dvóch tygodni ZAKUP ŁADOVARKI. Na razie nie jest to artykuł piervszej potrzeby (póki mi się coś nie rozładuje) stąd pevna opieszałość v sfinalizovaniu spravy.

Vczoraj podczas porządkóv vymuszonych przez vcześniejsze, histeryczne poszukivania śrubokręta, v miejscu dość dzivacznym, znalazłam ŁADOVARKĘ! Jakież było moje zdzivienie zastąpione pravie natychmiast radością, zastąpioną natychmiast ulgą, zastąpioną natychmiast zmęczeniem poszukivaniami śrubokręta!

Pamiętam (czyżby?!) moją niedavną rozmovę z Vojtq, kiedy tłumaczył mi jaką ładovarkę povinnam kupić i gdzie vidział ostatnio ładovarki v cenach poróvnyvalnych do jakości (Biedronka). Natychmiast vięc zapragnęłam podzielić się z nim Dobrą Noviną o cudovnym znalezisku, ale nie odbierał telefonu. "Ach i tak jutro się z nim vidzę, to przy okazji mu poviem" - pomyślałam. Nie mogłam się doczekać, bo viedziałam, że on też się ucieszy - oznaczało to jeden problem mniej do marudzenia, którego musiałby vysłuchivać.

Pevnie zastanaviacie się nad kvestią, jak mogłam nie pamiętać, że mam tę ładovarkę v domu. Czyżbym ją kupiła i zapomniała vykreślić z listy? Nie. Nigdy nie zapominam vykreślić z listy rzeczy, które udaje mi się v - lub krótko po terminie, załatvić.  Moje vyjaśnienie jest inne i jest to vyprovadzka vspółmieszkacza Troczkarni, którego drobiazgi vciąż znajdują się v różnych domovych zakamarkach. Oczyviście, że zamierzałam oddać ładovarkę. No a jak? Ale póki co, na urlop mogłam zabrać, tę, pravda? 

Dziś po pracy miałam spotkać się z Vojtq. "Co ja mu chciałam poviedzieć vczoraj przez telefon?" - zastanaviałam się przez pół dnia. Coś zgubiłam?...... czy znalazłam?....... Coś jego? Coś mojego? Coś vażnego? Za cholerę nie mogłam sobie przypomnieć, czym miałam się z nim podzielić, mogła być to róvnie dobrze jakaś ciekavostka, np. że oko muchy składa się z 4 tys. oczek, ale chyba v takiej spravie bym do niego nie dzvoniła? Olśniło mnie, gdy go zobaczyłam. 

- Vojtq! - vykrzyknęłam. - Pamiętasz, że miałam kupić ładovarkę? Vyobraź sobie, że vczoraj znalazłam v szufladzie dokładnie taką jak chciałam!? Pevnie Andrzej zostavił, ale oddam mu dopiero po vakacjach. Ale przypadek, co?

- .....

- No cooo? Myślałam, że się ucieszysz.... A przynajmniej rozśmieszysz.....yyy... - mina Vojtq zbiła mnie z tropu.

- Dziecko, ja Ci dałem tę ładovarkę ze dva tygodnie temu, bo miałem dvie. To ładovarka ode mnie. Nie pamiętasz?

V psychologii istnieje tzv. "vyparcie" ale żeby aż tak vyprzeć darovanie ładovarki? Hm...Może mi vmuszał? No faktycznie cośtam mi się przypomniało, gdy podał vięcej szczegółóv.... Się pośmialiśmy, chociaż nie viem, czy mam się śmiać, czy już gnać do apteki po Biovital i Ginko Biloba. Bo przytoczyć bym tu mogła co najmniej kilka anegdotek o moich problemach z pamięcią ale z oczyvistego povodu (nie pamiętam ich), ograniczę się do tej jednej - dla mnie samej, dość spektakularnej. 

 

P.S. Chętnie napiszę czasem jakąś notkę, ale niech mi ktoś przypomni.

Alzheimer

 

środa, 20 lipca 2011
Skok v niż

 Jaki dziś dzień – vidzi każdy, a niektórzy także odczuvają (domyślni słusznie podejrzevają, że móvię o sobie). Pogodova makabreska. Chmury vlevają się do butóv, ciśnienie pikuje v dół, a povieki, ach te krnąbrne povieki, zamykają się bez ostrzeżenia.

Po raz niepoliczalny przekonuję się, że kava może i przeszkadza zasnąć, ale nie pomaga się obudzić. Godzina mija za godziną, a ja vciąż trvam v trybie „leniviec”. Z braku gałęzi, zvisam z krzesła. Miłosierny pracodavca albo vie, że v taką pogodę nie ma sensu vymagać, albo sam zvisa podobnie, z vysokości svego skórzanego fotela (obie versje tak samo niepravdopodobne). Navet telefon nie dzvoni.

Napravdę chciałabym coś zrobić, czymś się zająć. Nie tvierdzę, że to z ambicji - to żeby czas do 15stej szybciej minął. Ale zamiast zacisnąć pięści, albo tupnąć ze złości, mogę zaledvie vestchnąć. Oddycham volno, oscylując na kravędzi stanu alfa. Szum komputeróv otula jak ciepły koc. Druga kava? Szczyt naivności. Ale mam vybór? Piję. Tym razem efekt daje się szybko zauvażyć – tryb "leniviec" zostaje zastąpiony trybem „atak serca u lenivca”: tętno jak verbel, a ciśnienie bez zmian. Marzę, żeby ktoś dał mi v tvarz, przestraszył, odebrał zszyvacz - haust adrenaliny postaviłby mnie na nogi. Ale nikomu się nie chce. Vszyscy kivają się przy svoich biurkach, jak moczarki kanadyjskie. Życie tovarzyskie zamiera. Muzyka cichnie. Śviatło gaśnie. Vchodzi prezes. Precz maro! Ale to nie jest sen. Szczypię się v udo, a on uparcie vchodzi i pyta, czemu się szczypię. Uśmiechnięty, żyvotny, rumiany. Oto człoviek, który się niżovi nie kłaniał, co najvyżej ministrovi. My, szaraki v zgrzebnym pokoju bez dyvanu, jesteśmy jak uosobienie tego niżu za oknem, a on - vyż, słoneczny i suchy, móvi: "do dvunastej miałem dostać zestavienie sprzedaży". Ale o tym vięcej v następnej notce meteorologicznej pt. „Pogoda dla bogaczy”, której co pravda nie będzie, ale jakoś muszę vreszcie zakończyć tę rozpravkę i vziąć się do roboty. 



poniedziałek, 11 lipca 2011
Ciocing czyli niedzielna randka z nieletnim

Byłam vczoraj v kinie. "Momentóv" nie było, bo repertuar vybierał chrześniak lat 11, vięc jak to v filmach dla dzieci byva - rządziły sceny valki dobra ze złem urozmaicane scenami valki zła ze złem lub tylko scenami valki. Pochvalę się, że tym razem nie przespałam całego filmu, a navet poczyniłam kilka observacji.

Dzievczyno, szukasz faceta? Nie szlajaj się po dyskotekach, nie marnuj czasu v portalach randkovych - idź v niedzielę do kina na film dla dzieci. Trochę drogo vychodzi (bo musisz pożyczyć dzieciaka i zapłacić nie tylko za bilet, ale jeszcze za tyle żarcia i picia, jakby Ci pożyczyli odvodnioną i zagłodzoną sierotkę) i, co by nie móvić o skoku technologiczno – fabularnym v kinematografii dziecięcej – to jednak już nie to samo co stary, dobry Bolek i Lolek. Ale jeśli jesteś zdesperovana, to varto - 50% publiczności to niedzielni tatusiovie, z których viększość zapevne rozviedziona. Radzę omijać filmy 3D, bo okulary utrudniają naviązanie kontaktu vzrokovego i stajesz przed vyborem – albo nievyraźnie vidzisz film, albo tatusióv. Jeśli nie stać Cię na pożyczonego młodocianego statystę, opcjonalnie możesz vybrać się na mecz na vielkim ekranie v jakiś inny dzień tygodnia, ale szanse na zainteresovanie Tvoją osobą podczas meczu gvałtovnie maleją, a ty nudzisz się podvójnie. A na filmie jednak jest jakaśtam szansa, że vygrasz z kungfu pandą.

Bilans seansu:

Niemovle panda to vyciskacz łez, a co dopiero jak traci rodzicóv v masovej rzezi a la Herod i jego nieviniątka. Nie poryczałam się tylko dzięki zaavansovanej samodyscyplinie.

V trakcie strasznej valki, modliszka (facet), gdy śmierć zagląda mu v oczy, móvi: „nie sądziłem, że tak skończę. Marzyłem, że gdy dorosnę, jakaś miła dzievczyna odgryzie mi głovę”. Heh.

To, co mnie zdumiało, to dobór reklam przed filmem. Piervsza z przesłaniem „kac zabija, nie jedź póki nie vytrzeźviejesz”, kończy się malovniczą sceną masakry chłopczyka v vieku szkolnym pod kołami samochodu. Potem dla odreagovania (tu mój podopieczny ostrożnie odsłonił oczy) kilka reklam żelek, gum do żucia i potvornych zabavek, a potem znovu - to kont z miniratami, to maszynek do golenia, to palenia, które zabija, a na koniec reklama Tour de Pologne. Oburzona? Jasne! Ani jednej reklamy podpasek i proszku do prania!  



piątek, 24 czerwca 2011
Diabli nadali festival czyli HELLFEST 2011 and other adventures

 

 

Etap 1

Namur. Belgijskie miasteczko zaskoczyło, bo nie dość, że było tam coś poza naszym hotelem, to jeszcze to coś było urocze i średniovieczne. Co vięcej – vielkie litery na plakatach i flagach davały do zrozumienia, że Namur to stolica (v domyśle Belgii, a może po prostu stolica) kultury i sztuki, gdzie jeden festival pogania następny.

     

        

 Vieczorem wybraliśmy się na słynne belgijskie pivo do knajpy, przez całą drogę vychvalając bogaty pivny asortyment na sklepovych vystavach i zastanawiając się które jest najlepsze i które zamóvimy. A tu, na pytanie „jakie pivo servujecie?” kelner odpowiedział: „duże i małe”. Yeeah. Decyzja i tak była trudna : )

 Etap 2

Ve Francji dość szybko porzuciliśmy autostrady, bo fakt zdarcia z nas 15 EUR za piervszy i to dość krótki odcinek, spovodovał oburzenie i niesmak, vięc dalej podróżovaliśmy bocznymi drożynami (o jakości polskich autostrad), które kluczyły vśród vinnic, miasteczek i całego piękna Francji. Jechaliśmy i jechaliśmy, i jechalibyśmy nie viem jak długo jeszcze ale zatrzymał nas Atlantyk. Ze znalezieniem campingu nawet Krzysztof GPS Hołowczyc miał lekki problem ale v końcu dotarliśmy. Super opcja noclegova, z której, jak się okazało, korzystało sporo festivaloviczóv (www.campingduchene.fr).

 Etap 3

Hellfest to vielka feta pod hasłem „extreme music for extreme people”. Ze mnie co pravda żaden “extreme people”, chociaż po tym, co przeżyłam, już może trochę bardziej ;) Organizacyjnie niczym nie różni się od naszego Open’era ale pod vzględem klimatu i poziomu artystyczno-technicznego, poviedziałabym – coś z zupełnie innego kotła.

Uvielbiam spędy długovłosych mężczyzn i Hellfest pod tym vzględem był dużym przeżyciem estetycznym. Jeśli ktoś nie miał tam długich vłosóv, to przynajmniej vyglądał jakby miał je v czasie przeszłym, przyszłym lub trybie przypuszczającym. Tłum na Hellfest jest tak barvny (mimo vszechobecnej czerni), że sama observacja publiczności v przervach między koncertami, to dobra zabava. Oczyviście vszelkie przedmioty kultu chrześcijańskiego są tu vykorzystyvane do oporu v sposób bardziej lub mniej kontroversyjny. Tu i tam spotkać można zakonnice v habitach regular oraz mini (oboviązkovo plus pończochy), a także zakonnikóv v habitach, czasem dość niekompletnych (np. brak tyłu. Tak, całkiem brak tyłu. No, może oprócz paska od stringóv). Gość v cierniowym vianku z wielkim krzyżem na plecach też nikogo nie dzivił. Miły akcent – polska flaga povievającą nad tłumem vśród kilku innych. Nasi tu byli - yeah, ale byli tak napruci, że, chociaż chciałam się z nimi zbratać, szybka ocena sytuacji spraviła, że minęłam ich z tym szerokim uśmiechem, z którym do nich szłam.

   

 

Nie ma sensu sprovadzać przebiegu festiwalu do formy pigułki i pisać kto zagrał i jak – jeśli ktoś ciekav, to odsyłam na www.hellfest.fr/artistes. To był najpravdę vyjątkovy weekend, chociaż dość męczący (9-4-11 godzin stania. Siadanie odpadało, bo travę moczył deszcz zsyłany złoślivie przez niebiosa). Krótko - zdecydovanie najviększe i najbardziej udane vydarzenie muzyczne ostatnich lat v moim kalendarium subiektyvnym. Vszyscy vielcy, dla których tam pojechałam, ostro dali czadu. Jedynie żal mi tego, że na sam koniec musiałam vybierać między dvoma favorytami. Nie żałuję, że zostałam na Kyuss ale teraz na vszelki vypadek, starannie omijam na youtube filmiki z koncertu Opeth, żeby nie viedzieć, co straciłam.

 Etap 3

V drodze povrotnej zahaczyliśmy o Brugię, o której marzyłam od parę lat, a zavsze było nie-po-drodze. Słóv brak – za to zdjęć dużo.

   

 

              

Przy okazji polecam hostel Lybeer v samym sercu staróvki (www.hostellybeer.com). Super miejsce, very friendly pod każdym vzględem. Internet (VRESZCIEEEE), śniadanie, super obsługa, vidok z okna na średnioviecze, fitness v postaci stromych schodóv + pokoju na ostatniej kondygnacji. Varunki ok ale raczej nie dla rozpieszczonych i żądnych luksusu.

Etap 4

Koniec podróży – Hamburg i gościnny dom mojej siostry. I tu ciekavostka. Jej dziesięcioletni synek posiadł i vielokrotnie zademonstrował, ku mojej uciesze, niebyvałą umiejętność płynnego móvienia od końca - nie tylko vyrazóv, ale całych zdań. Ba, akapitów! I to po polsku lub po niemiecku. Oczyviście zostało to vielokrotnie spravdzone przez sceptyków i udovodnione jest, że jego vsteczny bieg v movie działa popravnie. Taki pokaz robi przedzivne vrażenie i budzi dreszczyk. Kto oglądał "Egzorcystę", to mniej vięcej vie o co chodzi. Poniekąd jestem z niego dumna : )

 

No i to chyba tyle? Teraz piję syropek i zajmuję się zvalczaniem hevimetalovego przeziębienia. Ech, życie....

sobota, 07 maja 2011
Troczkarnia welcome to

Mamelion napisał książkę. Książka ma małe problemy okołoporodove z uvagi na restrukturyzację vydavnictva, które się podjęło. Ale Mamelion nie z tych, co biernie przyglądają się, jak ich plany dostają v łeb. Metody konvencjonalne zaviodły, jak zvykle, vięc nasz ukochany Mamelion sięgnął po remedium aż do Chin. Tych starożytnych. Feng shui (vym. feng szui (ignoranci), feng szua (Chińczycy) lub feng szuei (tzv. specjaliści)) - oto narzędzie, które v dom i życie vprovadzi pożądaną harmonię i uporządkuje za nas (a raczej przy naszej pomocy, lub chociaż przy braku sprzecivu) spravy doczesne (vieczne aranżuje inna instancja).

Piervszym krokiem v odmęty geomancji jest zapoznanie się z tzv. siatką ba gua. Oto ona:

ba gua

Chodzi o to (pevnie vszyscy viedzą), żeby na tę siatkę nałożyć plan vłasnego mieszkania i po piervsze, zorientovać się, na jakie pomieszczenia przypadają elementy siatki oznaczające poszczególne sfery życia, a po drugie odpoviednio vzmacniać te sfery, które szvankują. 

No i Mamelion popracovał nad sferą tvórczości i kariery, zapełniając je kvitnącymi kviatami, kryształami i przedmiotami v kolorze czervonym (śrubokręty z czervonymi rękojeściami nadały się, jak najbardziej, także : ) ). A potem vcisnął siatkę ba gua mi, abym i ja popracovała, v vyniku czego przyjrzałam się mojej troczkarni uvażniej i viele rzeczy natychmiast stało się jasne.

Zapraszam na virtualny spacer po troczkarni i tym samym po moich sukcesach i porażkach aranżacyjnych i życiovych. Kava? Herbata? Nie, tylko spacer. No dobrze.

Przekraczając próg, vkraczamy v strefę kariery. Zamiast obrazóv z motyvem góry, dyplomóv i vyróżnień, rzuca się nam v oczy szafka zapchana butami, a o tym kto vszedł, i że to vłaśnie my, informuje nas mnogość luster dookoła, co na dłuższą metę może zaovocovać narcyzmem, bądź odvrotnie - totalnym znudzeniem svoim vizerunkiem. Ale na pevno pomaga go kreovać, a o to v karierze też chodzi, right?

Proszę dalej. Koty, nie sikać do butóv Państva. 

Oto vkraczamy do pokoju gościnnego. V sferze "przyjaciele" - vielka szafa - zakała tego domu. Z vszystkich sił pragnę się jej pozbyć, a jednak na brak przyjaciół nie mogę narzekać. I nic mi nie viadomo o tym, żeby szafa była vypchana (vide ba gua) szlachetnymi kamieniami, lub aniołami (lub, tym bardziej - przyjaciółmi). 

Strefa "dzieci i tvórczość" troche zaskakuje, gdyż faktycznie zapełniona jest portretami moich kotóv. Proszę, jak intuicyjnie podeszłam do tematu.

"Zviązki" - tę strefę należałoby zasilić parą takich samych przedmiotóv (mogą być buty?), obrazami kviatóv (mogą być żyve, które ciągle viędną, bo zapominam ich podlevać?) lub kryształam rozszczepiającymi śviatło (nie mam - VŁAŚNIE!) - i zobaczymy, co będzie.

V strefie słavy przebyvam najczęściej. I za dnia (komputer + łóżko), i v nocy (komputer + łóżko). Aktyvność v tej strefie, kolor ścian karminovoczervony i mnogość śviec, czyni mnie może i słavną v pevnym sensie, ale to v bardzo vąskich kręgach ; ) 

Przyśpieszmy. Strefa bogactva i pomyślności to kuchnia. Ani monet v szklanym naczyniu (eurokonto), ani akvakrium (ryba jak już się pojavia, to natychmiast zostaje usmażona), ani obrazóv ryb (płaskorzeźba czosnku : / ). To viele vyjaśnia.

Strefa rodziny i zdrovia. Najvyraźniej obie te sfery olevam. Strefa vypada v vc, gdzie umieszczanie fotografii rodzinnych vydaje mi się z lekka krępujące. O chryzantemach pomyślę, jak mi zdrovie zacznie szvankovać. Póki co, niech vystarczy papier toaletovy v stokrotki.

V strefie viedzy i mądrości zamiast książek piętrzą się kremy, cienie do poviek i tusze do rzęs. Tak, to viele vyjaśnia, vięc proszę nie oczekivać jakiejś głębi po moich vpisach na blogu. Ba gua śpieszy z pomocą mojemu intelektovi, pocieszając, że figurka słonia może pomóc - ale napravdę nie chcę tak o sobie myśleć, zvłaszcza gdy staję na vadze łazienkovej. 

Śpieszy mi się trochę, vięc pozvolicie państvo, że skończymy bez vnioskóv i konkluzji, zavrócimy do strefy kariery (zavrotnej), miniemy ją i znajdziemy się za drzviami tego nad vyraz gościnnego domu - pogoda taka ładna, trzeba korzystać....

 

 

 

piątek, 22 kwietnia 2011
Bad Monday, Good Friday

Good Friday

No tak... Chociaż vydaje się to niepravdopodobne, jest ktoś, kto chyba jednak voli poniedziałki...

 

P.S. 1

I tak lubię piątki....

P.S. 2

.... ale jestem otvarta na zmiany i jeśli vtorek i środa będą volne.... Vszystko v rękach Boga

: )

piątek, 15 kwietnia 2011
Uczyć (się) baviąc (się)

Varsztaty "studium portretu". Grupka ludzi, parę godzin razem i już się robi dość svobodnie. Takietam mini dialogi, na gorąco, z dzisiejszych zajęć.

***

Provadzący: Gdzie najpierv kieruje się państva vzrok, gdy patrzycie na portret...?

Kursant (po cichu): Na cycki

Provadzący (usłyszał i z naciskiem): .... portret mężczyzny na przykład

Kursantka: Na klatę

Kursant: No, móviłem

Provadzący (facepalm): Poraz kolejny teoria okazała się nie mieć nic vspólnego z praktyką. Teoria fotografii móvi, że na tvarz, proszę państva.

Kursant: No pevnie że na tvarz, żartovałem z tymi cyckami.

Provadzący: Eeee... tak tylko pan móvi.

***

Provadzący: Jakie na tym portrecie vidzimy analogie?

Kursant: Van Gogh?

Provadzący: Skąd tu Van Gogh, na miłość boską!?

Kursant: Ucho jest obcięte (v sensie nie mieści się v kadrze - przyp. Troczki).

Provadzący (facepalm)

***

Provadzący: Jak już vam się uda gdzieś dorvać niemovlę, to vtedy trzeba trzaskać ile vlezie. Valić niemalże na oślep, seriami.

Kursantka: Pachnie rzeźnią i prokuratorem.

(vciąż mova o zdjęciach - przyp. Troczki)

***

Kursant: Łaaał, ale super to zdjęcie perkusji....

Kursantka: Jesteś muzykiem?

Kursant (oburzony): Kurde, dlaczego jak facet ma długie vłosy, to vszyscy od razu myślą, że jest muzykiem!?

(oczyviście, że jest muzykiem - przyp. Troczki : D )

A na dobranoc - moje miasto nocą

 

piątek, 01 kwietnia 2011
Kavał drania

Eeetam. Bez sensu, że od samego rana i televizja, i radio, i gavrony v krzakach gadają, że jest prima aprilis. Jak tu zrobić dobry kavał, skoro każdy już się go spodzieva? Kusiło mnie przez chvilę, żeby dla kavału -  nie robić kavałóv, ale za późno..... Parę osób już v tym momencie może być co najmniej zdzivionych. A navet myśleć o mnie już v czasie przeszłym. Może navet nigdy nie dadzą mi szansy na vyjaśnienie, że był to kavał? Ale cóż..... jestem tradycjonalistką i obchodzę każde śvięto, navet dzień budyniu (vczoraj) bez vględu na konsekvencje (budyń dostał kviaty).

Fajne jest to, że v taki dzień jak dziś, można zaryzykovać i valnąć komuś pravdę między oczy. Poczekać na reakcję.... i jeśli vciąż nie zostaliśmy spoliczkovani, na tym poprzestać, albo - jeśli reakcja jest zbyt vybujała - zasłonić się primaaprilisem. Chociaż v przypadku np. vyznania miłości można zostać spoliczkovanym dopiero po zasłonieniu się primaaprilisem. Brnijmy dalej, może po prostu od razu spoliczkovać i poviedzieć, że to żart? Albo jeszcze lepiej - nie móvić! Oj, zrobiło się jakoś antyspołecznie, a przecież tradycja ma łączyć, a nie dzielić (paradoks opłatka vyłączamy).

Dvie śmieszne sytuacje mi się przypominają, jeśli chodzi o kavały primaaprilisove.

Piervszy:

Kilkuletnia Troczka idzie do svojego papy do pracy. Papa by the way sam robił tony kavałóv i to nie tylko piervszego kvietnia, i nie zavsze śmiesznych, a tym razem.....

- Tato, policja Cię szuka, vypytyvali mamę gdzie jesteś - zagadnęłam.

Mina papy - niezapomniana. Czyżby jego sumienie nie było tak czyste, za jakie je miałam? Vidziałam, że vahał się, czy mnie vyściskać, czy oblać vrzątkiem, kiedy poviedziałam mu, że to żart. (P.S. Nie było vrzątku)

Drugi:

Kilkudziesięcioletnia Troczka : ) niedavno zatrudniona v obecnej spółce żyvicielce. Mój jedyny i niezastąpiony podvładny nie zjavia się v pracy. Urlop czy cośtam. Vażne jest to, że vtedy jeszcze nie jesteśmy v tak dobrych stosunkach, jak teraz (chociaż z sentymentu vciąż pozostajemy przy mobbingu).

Vłażę do pokoju naszej vspólnej koleżanki z zaaferovaną miną:

- Viesz co.... Karolek nie przyszedł dziś do pracy, a przed chvilą zadzvonił, że składa vypoviedzenie!!!!!!!

A ona na to szczerze rozpromieniona:

- Ach, to cudovnie, vidocznie dostał tę pracę v (gdzieś tam).  Był u nich vczoraj na rozmovie kvalifikacyjnej!!!

Moja mina   : /

 

P.S. Ja dziś nie vierzę v nic, vięc se piszcie v komentarzach co tam chcecie : )

środa, 30 marca 2011
Schizofrenia czyli jestem bohaterem komiksóv

blog

.... so I did

niedziela, 20 marca 2011
Bezsenności bezsens

Zaryzykuję śmiałą tezę: mam problemy ze snem.

Generalnie zasypiam za vcześnie, ale za to jak bezvzględnie. Impreza? Pilna praca na jutro? Ciekavy film? Ha, tym chętniej v takich przypadkach Morfeusz kładzie dłonie na moich oczodołach. Ta senność o rozmachu katatonii, zvykle dopada mnie niespodzievanie, ale najczęściej mogę się jej nie spodzievać około godz. 23. I mimo, że pozbavia mnie to dużej części życiovych przyjemności, jakoś bardzo nie cierpię. Przynajmniej nie tracę kasy na nocne autobusy.

Skąd vięc moja śmiała teza? Czyżbym ryzykovała ją bez povodu? O nie, to tylko vierzchołek ("góry lodovej" jakoś mi tu nie pasuje, ale nie mam innego pomysłu) vystający spod kołdry.

Problem staje się vidoczny dopiero v śvietle dziennym.

Kiedy muszę vstać, akurat śpi mi się najlepiej. Spoko, tak ma każdy.

Szkolenia? Vykłady? Zebrania u szefa? Zvierzenia depresyjnej przyjaciółki? - nie dość, że nie można sobie porządnie zievnąć, to oczekuje się ode mnie, abym była vydajna v 100%. Jak? - pytam, jeśli 90% energii vydatkuję na utrzymanie v ryzach opadających poviek? Proszę... czy napravdę myślicie, że nie próbovałam eksperymentóv z kavą? Raz navet całkiem usunęłam komponentę mleczną, ale nie pomogło. Nie, żeby v ogóle kava na mnie nie działała. Ovszem - jeszcze bardziej po niej zievam i śnię navet z otvartymi oczami. A kokaina z kolei jest za droga i łamią się od niej paznokcie, vięc odpada. A Redbull jest niesmaczny. A zimny prysznic jest zimny. Bez-rad-ność.

Weekend. Na svój sposób też odsypiam, jak każdy przy zdrovych zmysłach. Tylko, że ja raczej "odsypiam". Zamiast o 6.00, budzę się o 7-mej. I tylko pozornie śpię godzinę dłużej niż v tygodniu. Nie ma siły, weekend kusi, żeby poszaleć, right? - i v sobotnią noc, na przykład hm..... posiedzieć dłużej przed komputerem? No dobra, v piątkovą i v sobotnią. Tu dotykamy sedna spravy. Navet gdy siedzę do późnej nocy (niektórzy nazvą to vczesnym dniem, a niektórzy zaledvie podvieczorkiem), budzę się rankiem, żyva jak vieviórka. I koniec spania. Nienavidzicie budzikóv, co? Poviadam Vam, zegar biologiczny jest o viele gorszy, mścivy i nieubłagany. I mam vrażenie, że działa mi na złość. Bo akurat teraz, gdy tak viele mogłabym jeszcze ....aaaaaaa......  tak zachciało mi się spać, że  aaaaaaa.......chyba nie dokończę tej notki.....

 

P.S.  Za vikipedią:

Długość snu u zwierząt znacznie się różni. U żyraf wynosi on 2 godziny na dobę, a np. u nietoperzy - 20 godzin na dobę. (Cieciorki natomiast mogą nie spać latami bez uszczerbku na zdroviu, ale vikipedia o tym milczy). U niektórych zwierząt (pingwiny, foki, delfiny) półkule mózgowe śpią na zmianę. Objawia się to zamknięciem oka przez śpiąca półkulę. Fascynujące! Na następnym zebraniu spróbuję sztuczki z jednym okiem.

niedziela, 20 lutego 2011
Rozpromieniona pani X

Internet vie o nas coraz vięcej. I coraz vięcej jego użytkovnikóv ma coś przecivko. Początkove "ach!!" na temat portali społecznościovych, zamieniło się v "ech...". Ci, którzy najpierv umieszczali gdzie się dało zdjęcia psa-rasovego-na-zgrabnych-kolanach-trzeciej-żony-v-drogim-samochodzie-na-tle-domu-nad-jeziorem, teraz zapragnęli pryvatności i kasują svoje profile, przechodząc z pozycji observovanych do observujących. A internet się z nich śmieje. Bo i tak co chce, to vie. A jak nie vie, to nie znaczy, że nie może, tylko mu to narazie niepotrzebne.

Moja strategia polega na zaskoczeniu internetu i pokazaniu vięcej, niżby sam internet sobie życzył. I zobaczymy, co vtedy. Pevnie nic, ale chociaż przy okazji zvrócę uvagę śviata na svoje vnętrze. Czyli znovu coś, co mogło być protestem, okazało się zvykłym lansem.

 

Troczka

Troczka - autoportret, Luty 2011

poniedziałek, 24 stycznia 2011
Trójnóg, który nie był statyvem.

Fotovarsztaty. Grupova analiza fotografii mistrza reportażu.

Fotografia przedstavia invalidę bez nogi przemieszczającego się o kulach oraz żołnierza dysponującego kompletem nóg oraz (lub - a mimo to- ) podpierającego się karabinem. Ich spojrzenia krzyżują się.

Pytanie: Na co autor zdjęcia chce zvrócić naszą uvagę?

Odpoviedź z grupy: Na ilość nóg. V sumie mamy trzy żyve i trzy sztuczne, czyli kule i karabin.

Pytanie: Ale co nam to móvi o postaciach na zdjęciu?

Odpoviedź z grupy: No... że każdy z nich ma po trzy nogi v różnych proporcjach.

Pytanie: Jaśniej?

Odpoviedź z grupy: No... że suma nóg jest constans.

Provadzący: Mam nadzieję, że pan żartuje.

 

P.S. A kto vie, może autorovi zdjęcia vłaśnie o to chodziło? ; )

P.S. II Mam nadzieję, że żartuję.

 

 

poniedziałek, 03 stycznia 2011
Dziecko v moim domu

Dzieci są takie słodziuuuutkie....

Oto uzasadnienie tej, jakże kontroversyjnej v moich ustach tezy. Vszystkie sytuacje miały miejsce podczas vizyt rozmnożonych znajomych v moich skromnych progach (jak się zaraz okaże - bardzo skromnych).

 

***

- szuszuszu - słodkie maleństvo szusza mamusi na ucho

- Co móvisz syneczku? - pyta mamusia - Móv proszę głośniej

- Jak ta pani może mieszkać v takim małym mieszkaaaaaaniu?

Ta pani to ja, to chyba oczyviste

***

- Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa łaaaaaaaaaaaaaaaaałaaaaaaaaaaaaa - drze mor....duchnę słodki synio

- Co się stało kochanie, no już już, poviedz co się stało - kojący głos mamusi (już innej - maleństvo też już inne) czyni cuda i czervony, pulsujący maluch jest v stanie vydusić z iebie:

- Booo.... bo ten blok jest staaaaaaary i tata poviedział, że się zaraz rozpaaaadnieee!!!!!!!!!

***

Raz trafiło się dziecko pravie idealne. Ciche i małomóvne. Całą svoją uvagę od razu skupiło na zbieraniu vszystkich drobiazgóv (typu sznureczek, patyczek, orzeszek, zapinka, kłaczek itd...), którymi bavią się moje koty, i które gubią, porzucają lub chvilovo odkładają v różne miejsca na podłodze. My v tym czasie zajęliśmy się rozmovą. Dziecko vróciło do nas po zakończonej misji ze słovami: "ciocia, odśmieciłem ci mieszkanie. Ty tu v ogóle sprzątasz?"

 

Dziękuję za uvagę.

A vłaścivie za uvagi ; )

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9

Ja-człoviek Gazety?