Bez cenzury Bez namysłu Bez sensu
Kategorie: Wszystkie | Coś śmiesznego | Kociamuza | Nic śmiesznego
RSS
wtorek, 23 września 2014
Umowy śmieciowe czyli o segregacji odpadów

  Szkło do szkła, papier do papieru, dust to dust, ashes to ashes. Dołączyliśmy do europejskiej wspólnoty ekologicznych śmieciarzy. Eko-euro-elita. Niektórzy z poczucia misji, niektórzy z oszczędności, bo spółdzielnia mieszkaniowa wydała wyrok: segregacja jest dwa razy tańsza od niesegregacji, w związku z czym sto procent mieszkańców segreguje, ładny wynik, gratulacje, akcja zakończona sukcesem.

Tymczasem po początkowej euforii, przy kontenerach daje się zauważyć pewna frustracja. Mieszkańcy co prawda wciąż posłusznie segregują ale zaczynają szemrać. Ostatnio przy pojemniku na plastik, podsłuchałam, jak dwie wytrącone z równowagi i poczucia dobrze spełnionej segregacji panie, narzekają, że śmiecionośne ciężarówki biorą wszystko jak popadnie - papier, plastik i szkło. Pieczołowicie segregowane odpady znów łączą się w nich i mieszają jak za starych nieposegregowanych czasów, a myśli mieszkańców zaśmieca niepokój. Być może, ale to tylko moja teoria, że póki co nawyk wyrobić trzeba u podstaw, w masie obywatelskiej, a dopiero potem szkolone będą ciężarówki?

Mnie jednak zastanawia inna rzecz: które przykazanie segregacji nakazuje wywalać śmieci z balkonu na trawnik? Coś przeoczyłam? Czegoś nie wiem? Nie przeczytałam tekstu drobnym druczkiem pod umową śmieciową? Plastik do plastiku, szkło do szkła, resztki obiadu za okno? Front wieżowca jest w miarę zadbany, przez okna frontowe śmieciom nie wypada wypadać. W okolicach wejść/wyjść nawet psie kupy są uprzątane przez właścicieli psów i ich kup, chyba, że zrobione w nocy bez świadków. Przemieśćmy się jednak za wieżowiec, tam gdzie zwykłam spacerować z psem.

Trawnik – wyleniała miejska łąka, osiedlowa oaza. Mógłby być wystarczająco dostateczny, gdyby nie poczucie śmieciarskiego obowiązku, nakazujące mieszkańcom segregować zgniłe ochłapy jedzenia wypuszczając je na wolność przez okna balkonowe. Brnąc przez zieleniec usiany resztkami z życia wziętymi lub raczej z życia wyrzuconymi, patrzę jak ślepy pies potyka się o wszystkie te kuszące zapachy rozkładu i pilnuję, aby sam nie stał się kontenerem na odpady. A może ludziom wydaje się, że dokarmiają zwierzęta, wyrzucając szczątki na trawnik? Tylko że zgniłe cebule, rozkładające się kiszone ogórki, puszka po szprotach, rozpaćkany pomidor raczej nie trafiają w zwierzęce gusta, skoro zgnilizna zalega w trawie nie spożyta. Butelki duże, małe, nisko i wysokoprocentowe mnie nawet zbytnio nie dziwią. Nakaz segregacji nie wytrzebi w nas syfiarzy tak od razu. Ławice petów pt.: „nie pozwalam mężowi palić w domu”. Zużyte prezerwatywy. Kiedyś dzieci znajdowano w kapuście, teraz dzieci sieje się w trawie. Rewolucja obyczajowo-botaniczna.

A co powiecie na tych pedancików, którzy własnego gniazda za nic nie pokalają i wszystkie niecenzuralne odpady wywożą do lasu? Oj tam, za pięćset lat się rozłoży i śladu nie będzie. A przy domku czyściutko.

Kto jest bez grzechu niechaj pierwszy rzuci pomidorem – pomyślicie. Racja. Trend jest dobry. Uświadamiać trzeba. Sama przestałam wypluwać gumy do żucia, odkąd wiem, że wróbelek tylko czeka, żeby gumę połknąć i umrzeć. A wróbelków coraz mniej – jeść nie ma co, odkąd śmietniki, jak Unia nakazała, pozamykane na cztery spusty.

Do widzenia, dzieci-śmieci.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013
Starsi panowie dwaj

Małe jeziorko, słońce, ławeczki wśród zieleni. Lekki wiaterek od jeziora niósł ożywczy zapach szlamu i rozkładających się ryb, a w szuwarach kopulowały kaczki. Doskonałe miejsce na przystanek na trasie rowerowej. Postawiłam rower obok ławeczki i poszłam do wody, w której zamierzałam się nie kąpać -ale wypadało podejść i zobaczyć czy zimna. (Była zimna).

Kiedy wracałam, ławeczka obok mojej też była już zajęta. Przysiedli na niej dwaj starsi panowie bez koszulek, chudzi, mocno opaleni i zniszczeni. Wiadomo – opalenizna szkodzi i postarza. Ale oni nic sobie nie robili ze słońca ziejącego promieniowaniem. Koszulki ułożyli równo obok siebie, a jeden zaczął nawet zdejmować spodnie. I skończył. Czyli został w gatkach. Nie był to jednak ten typ, przed którym się ucieka w popłochu, więc spokojnie siadłam na swojej ławeczce.

- Pięknie tu. – powiedział pierwszy.

- A wiesz ile mi chcieli zapłacić za godzinę? – odpowiedział drugi. – Złodzieje j****i. Najlepiej jeszcze, żebym robił za darmo. Sami mają kieszenie wypchane kasą, a tobie będą żałować każdej złotówki.

Pierwszy pan nie odpowiedział. Przymknął oczy i spokojnie skwierczał na słońcu, jak jaszczurka. A wypowiedź drugiego, jak i on sam, nabierała rumieńców.

- Siedzą w tych biurach, nieroby, rozdają papierki i zarabiają po trzy tysiące na rękę. Albo pięć tysięcy! Albo i więcej, jak mają znajomości. Taką jedną znałem w podstawówce. Ledwo skończyła, cep taki, że ci mówię. Ostatnio idę do urzędu, patrzę, a ona tam jest kierowniczką! Zupełnie bez wykształcenia. Nic nie umie. Nic! Cep taki.

- Grzybów coś nie ma. A przecież padało, powinny być – ocknął się z zamyślenia pierwszy.

- Teraz wykształcenie się nie liczy. Miernota zbija kasę. Zupełnie bez wykształcenia. Tylko kasa się liczy. I znajomości. Tylko znajomości. I jeszcze najlepiej w Warszawie, to wtedy cię nikt nie ruszy.

- Kurek tylko ostatnio trochę uzbierałem. A dziwne, bo padało.

- Ja ci mówię, możesz teraz być fachowcem, nawet najlepszym, a bez znajomości nic nie znaczysz.

Zapadła krótka cisza. Ptaki ćwierkały na pełen etat. Ale nie miały znajomości w Warszawie, więc nikt im za to nie płacił, chociaż robiły to naprawdę najlepiej w okolicy.

- Kiedyś nawet złodziej to był fach. Ja ci mówię, kiedyś to byli mistrzowie. I to wykształceni, nie to co teraz. No bo złodziej, widzisz, to jest normalny zawód, jak lekarz czy nauczyciel. Kiepski złodziej, to by ci najwyżej zerwał zegarek z ręki i uciekł. A taki prawdziwy - wykształcony, to jest, panie, iluzjonista! On by tu z tobą siedział i rozmawiał i nawet byś nie zauważył, że tego zegarka nie masz.

- Gadasz?

- No mówię ci. Magik. To jest prawdziwa sztuka. A nie ukraść portfel staruszce. To ja też potrafię. Ja bym mógł tej pani zabrać teraz ten rower. Trochę postraszyć albo wsiąść i po prostu uciec. Ani by pisnęła.

Poruszyłam się nerwowo.

- Ale to nie jest żadna sztuka. Taki prawdziwy złodziej, wykształcony, to by tak ją zakręcił, że by zauważyła, że nie ma roweru dopiero, jakby musiała na pieszo do domu wracać.

Odetchnęłam ale jakoś poczułam się już chyba odpoczęta, a może mi się zrobiło za ciepło na tym słońcu….? Wstałam z zamiarem opuszczenia towarzystwa.

- Pani się nie boi, mi taki grat nie jest potrzebny! – zakrzyknął pan, a obaj zarechotali. Uśmiechnęłam się nieszczerze.

Kiedy odjeżdżałam, słyszałam, że dalej rozmawiają:

- A może byś się ze mną wybrał na grzyby?

- Ja ci mówię - sami materialiści dookoła, nic tylko pieniądze i pieniądze….



środa, 27 marca 2013
Jedno oko na Maroko

Takietam.... trochę śmieszne.

Kolega przysłał smsa: "przesyłka dotarła?"

Odpisałam: "Dotarła. Zapomniałam.... -  ... zapomniałam zawiadomić, miałam napisać, ale coś mnie rozproszyło. Spojrzałam na ekran monitora, gdzie widniała główna strona jakiegośtam portalu. Prześlizgnęłam się po niej wzrokiem, po czym wróciłam do pisania smsa.

Dopiero po wciśnięciu "wyślij" ze zgrozą zauważyłam, że w całości mój sms brzmiał: "Dotarła. Zapomniałam być bezlitosna". Nie wiem, co zamierzałam przez to powiedzieć, a jeszcze bardziej pewnie nie wiedział kolega.

Znów spojrzałam na stronę wyświetloną na monitorze, na której wielki nagłówek oznajmiał "Zima postanowiła być bezlitosna".

Trochę śmieszne, ale to jeszcze nie zakończenie.

Zamierzałam natychmiast napisać smsa wyjaśniającego mój smsowy bełkot, aby kolega się nie trapił moim stanem psychicznym, ale nie zdążyłam. Kolega przysłał odpowiedź.

Brzmiała ona: "OK."

poniedziałek, 11 marca 2013
To wszystko przez drzwi!

 

Puk puk!

Przerywam odkurzanie i nasłuchuję, bo wydaje mi się, że ktoś pukał.

Puk puk! – niestety.

Człapię do drzwi, odkurzacz, nie wiem po co, ciągnąc za sobą.

- Słucham – zwracam się do zamkniętych drzwi, gdyż nie otwieram włamywaczom, takie czasy.

- Bednarski – słyszę w odpowiedzi.

- Co to znaczy? – pytam śmiało, aczkolwiek niezbyt bystro.

- To moje nazwisko – mówi Bednarski.

- Ale co to znaczy dla mnie?

- Jeszcze nic – słusznie zauważa i od razu potem myli się zupełnie – ale wkrótce może dla pani oznaczać wiele.

Waham się między odkurzaczem, a Bednarskim, oddzielona od niego drzwiami i osobistą niechęcią do intruzów. Ale, że niechęć do odkurzania jest jeszcze większa, wciąż tkwię pod drzwiami z odkurzaczem i z Bednarskim po drugiej ich stronie.

- Czy może mi pani poświęcić chwilę? – wznawia dialog.

- Chwilę mogę – odpowiadam i czekam na wyjaśnienia co chce mi sprzedać i dlaczego drzwi antywłamaniowe muszą kosztować.

Chwila mija, ja stoję, zaciekawiona nawet łypię przez wizjer i z tego co widzę, gość faktycznie wygląda na Bednarskiego, za którego się podaje.

Chwila dalej mija, a między nami wciąż dzieje się niewiele.

- Czy oprócz stania pod drzwiami z odkurzaczem w dłoni czegoś jeszcze pan ode mnie oczekuje?

- Ach, to pani tam jest!? – Bednarski ocknął się jakby.

- Już niedługo ale jeszcze jestem. Słucham pana, panie Bednarski.

- Chciałbym porozmawiać – zdobył się na wyznanie.

- Przecież rozmawiamy – odpowiedziałam zgodnie z moją oceną sytuacji.

- Ale będziemy rozmawiać tak przez drzwi? – spytał.

- Oczywiście! – odparłam. – Chyba nie sądzi pan, że wpuszczę pana do domu znając jedynie pana fałszywe nazwisko.

- A jaką ja mogę mieć pewność, że nazwisko na pani drzwiach jest prawdziwe? – pyta, zadziora.

- Lepiej niech pan udaje, że nie widzi pan żadnego nazwiska, bo oskarżę pana o wykradanie danych osobowych.

- Przecież nic nie kradnę, tu jest wyraźnie napisane!

- To, że jest napisane nie oznacza, że od razu trzeba czytać – brnę.

- Nie przeczytałbym, gdybym nie musiał tak długo stać pod pani drzwiami, czekając aż mnie pani wpuści.

- Jeśli ktoś tu czeka, to chyba ja, żeby się pan wreszcie określił.

- Przecież mówię, że chciałem porozmawiać.

- Przecież rozmawiamy.

- Wie pani co, w ogóle się nie można z panią dogadać – zniecierpliwił się.

- A z panem porozmawiać. 

Bawiłam się coraz lepiej, ale on chyba nie, bo sobie poszedł bez słowa.

Dokończyłam odkurzanie.

niedziela, 24 lutego 2013
Oralny przypadek Mirosława G.

- Czy tego dnia zauważyła pani coś dziwnego w zachowaniu męża? – spytał policjant, zerkając w notatnik, gdzie na stronie dziesiątej miał spisane pytania na okoliczność zaginięć.

- Nie…. Chyba nie…. – kobieta nerwowo szperała w pamięci i kieszeniach płaszcza, próbując odtworzyć jak najwięcej szczegółów poranka 24 lutego bieżącego roku, kiedy to widziała męża po raz ostatni. – Pamiętam tylko, że Zdzisław nie chciał zjeść twarogu ze szczypiorkiem. Pokłóciliśmy się o to.

Policjant na chwilę przestał notować i spojrzał pytająco.

- Zawsze rano jemy kanapki z twarogiem – wyjaśniła pani K. - a tego dnia, zażądał dżemu. Powiedział, że ma dość twarogu czy coś takiego.

Policjant zastukał długopisem w notatnik.

- Chyba mamy motyw – powiedział i spojrzał się przenikliwie na przesłuchiwaną, spojrzeniem Dona Johnsona z „Policjantów z Miami”. Oczywiście się mylił, ale jak się okaże, nie zostaną wobec niego wyciągnięte konsekwencje.

 ***

 W gabinecie dr K. roiło się od policji. Ściśle mówiąc było tam czterech policjantów, ale gabinet był mały, więc nawet we czwórkę ciągle wchodzili sobie w drogę, zadeptywali ślady, wyrywali z rąk dowody i generalnie przeszkadzali w pracy, czyli w staniu i rozglądaniu się na miejscu zdarzenia. Dr K. ostatni raz widziany był w swoim gabinecie około godziny 18stej, kiedy to z niego wyjrzał i z serdecznym (wrednym) uśmiechem (uśmieszkiem) powiedział: „Następny proszę”.

 Wtedy z krzesła podniósł się chudy, łysy pan i posłusznie wszedł do środka.

  „Krępy o bezwzględnej twarzy” wg jednych świadków. „Brunet w nieokreślonym wieku” wg innych. „Phi, zwykły osiedlowy lump” wg doktora K., gdy ten zobaczył go w gabinecie.

Gdy po kilku minutach wyszedł, w gabinecie już dr K. nie było i do tej pory nikt nie wie, gdzie się podział. Nie wiedział tego również dr K, próżno wytężający oczy w ciemnościach…

Oczywiście najwięcej mógłby na temat miejsca pobytu doktora powiedzieć ów ostatni pacjent, ale jak go odnaleźć? W książce pacjentów tego dnia pod godziną 18stą, nad przekreślonym nazwiskiem „Pękalski” (które nota bene było pseudonimem, jaki dr K. nadał jednemu z pacjentów. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Zasada, natomiast, jak sam Zasada przypuszcza, doktor zakpił sobie w ten sposób z jego wrodzonego lęku przed dentystami, a zwłaszcza przed borowaniem bez znieczulenia oraz samym znieczuleniem. Potwierdzałoby to etymologię innych „nazwisk” z książki pacjentów doktora: Paszczurska, Brudny Harry, Trzęsidupska, Chuchalski)….a więc nad przekreślonym PRZEZwiskiem „Pękalski” zapisano „ASTRONOM” i dodano kilka wykrzykników.

 ***

- Kim jest Astronom? To pytanie zadaje sobie dziś cała Polska. – wyartykułowała bezbłędnie  redaktor prowadząca wieczorne Newsy. – Nie minął tydzień, odkąd mieszkańcami Zgierza wstrząsnęło tajemnicze zniknięcie doktora K., a dziś w mieście zanotowano zniknięcie kolejnego stomatologa. Panie komisarzu, co powie pan mieszkańcom Zgierza, a zwłaszcza zgierzowskim…. zgierskim….yym…. stomatologom?

- Tak naprawdę to już czwarte zniknięcie – zaczął policjant.

- Hhyyyyyyy????? – zachłysnęła się opinia publiczna przed telewizorami.

- Nie chcieliśmy wywoływać paniki, rozumie pani redaktor.

- Ale macie jakiś trop, ślad, kierunek, poszlakę, wątek, wskazówkę, klucz? – naparła dziennikarka.

- Tak.

- …..? – przyparła rozmówcę piersią do przysłowiowego muru.

- Wszystkie te przypadki łączy dżem malinowy (spojrzał w notatnik) wysokosłodzony, spożywany przez zaginionych na śniadanie i …. przepraszam, telefon. Tak szefie?...

W telefonie słychać było, że ktoś po drugiej stronie jest bardzo wzburzony i średnio elokwentny.

– Tak jest! – zgodził się bez wahania policjant, odłożył słuchawkę i zwrócił się do dziennikarki – znaczy się… wciąż nie chcemy wywoływać paniki, badamy sprawę, a wszystkich, którzy mogliby udzielić informacji na temat doktora K. prosimy o kontakt.

Po czym zdjęto go z wizji. Na ekranach pojawiła się płacząca wdowa, o, pardon, oczywiście mamy nadzieję, że doktor K. żyje i ma się dobrze. Naturalnie chodzi o ŻONĘ doktora, która zapłakana apelowała do społeczeństwa, aby zwróciło jej męża, a sobie samemu – dobrego (i stosunkowo niedrogiego) specjalistę .

 ***

 Mijał już tydzień od dnia zaginięcia dr K. Zgierzanie zgrzytali ze zgrozą zębami, bo prawie wszystkie gabinety stomatologiczne zostały zamknięte do odwołania, a jedyny czynny w przyszpitalnej przychodni był ciasno otoczony przez uzbrojoną po, nomen omen - zęby, policję. Ale to nie z tego powodu trudno było się do niego dostać. Ogromna, długa i bezwzględna na prośby, błagania i jęki tych z końca, kolejka zbolałych przypadków stała przed nimi dzień i noc, aby ulżyć sobie w próchnicy. W kolejce tej, kolejny raz szczęścia próbował Mirosław G. Ten sam, którego dr K. nazwał w swym zeszycie Astronomem….

 ***

Czwartego dnia stania w kolejce, odwodniony, senny i obolały Mirosław G. (tak, ten sam, którego…. jak wyżej) siadł (wreszcie? ponownie?) na dentystycznym fotelu. Stomatolog – niemłody już i doświadczony, aczkolwiek wciąż mdlejący przy rwaniu, doktor Sz. – nawet nie przypuszczał w jakim znalazł się niebezpieczeństwie, gdy rozwarły się przed jego nosem szczęki Astronoma.

Doktor Sz. poświecił lampką, lecz zamiast rzucić nowe światło na sprawę ubytków, rzucił na nie tylko cień podejrzeń.

- Podejrzane – powiedział, bo taki właśnie był: co w głowie, to na języku.

Podejrzanym było to, że światło lampki, które skierował do jamy ustnej Astronoma po prostu… wiem, wiem, że to absurdalne, ale po prostu zniknęło, zostało pochłonięte, przez ziejącą z głębi siódemki dziurę czarną jak doskonała odwrotność bieli.

- To jakiś astronomiczny ubytek! – powiedział do siebie, a do Mirosława G. zwrócił się z pytaniem: „kiedy ostatnio był pan u stomatologa?”.

- W zechłym tygogniu – odpowiedział z dłonią doktora w ustach, Mirosław G.

Doktor pokręcił głową, sięgnął po przerażające każdego normalnego człowieka narzędzie zakończone cienkim haczykiem, który zadawał tyle bólu przy badaniu. Szerzej rozwarł Mirosława i pogrzebał w jego ustach. Na czuja, intuicyjnie, bo światło i tak grzęzło w przepastnej czerni wypełniającej dolną siódemkę. Wyciągnął haczyk, na którego końcu dyndały okulary.

Zarówno doktor, jak i pacjent przełknęli ślinę i wymienili pytające spojrzenia.

Bez słowa doktor zanurzył dłoń z haczykiem raz jeszcze w czeluści mirosławowej gęby.

- Ach! – wrzasnął, a gdy wyciągnął dłoń, haczyka już w niej nie było. Pomacał palcami, ale nie, w pozostałej części jamy ustnej Mirosława, oprócz kilku zębów (lewa górna czwórka - sprawdzić później) nie było nic.

Sięgnął po wiertło. Krople potu wystąpiły zarówno na czoło Mirosława, jak i doktora, a przerażenie odbijało się tak samo w obu oczach. Znaczy w oczach ich obu. W obu oczach ich obu. W każdym oku. 

- Zzzzzzziiiią – wiertło zanurzyło się powoli w Mirosławie, jak speleolog w niezbadanej jaskini. I nagle huk, brzęk, brzdęk, zzzip, bach – zniknęło razem z całą napędzającą je maszyną. I wciągnęłoby też doktora Sz., gdyby ten przypadkiem nie przewrócił się ze stołkiem do tyłu, podcięty przez kable.

- A więc to tak! Jesteś Astronomem! – krzyknął doktor Sz. kuląc się pod przeciwległą ścianą (raczej unik niż ucieczka) i celując w Astronoma drżącym palcem.

- Panie, ze mnie astronom jak z kaczej dupy harmonia. – wykręcał się ów ale czy naprawdę myślał, że zmyli doktora Sz? – Ząb mnie boli jak jasna cholera, a co do dentysty idę, to mi do gęby paskudztw nawrzucają i zostawią samego na fotelu. Co za kraj, jasna dupa, ubezpieczenie, podatki-sratki wszystko płacę, a głupiego zęba wyleczyć mi nikt nie chce..eeeeeee!!!! Halo halo, chwileczkę! – krzyknął wyrywając się nieskutecznie, bo w tym czasie już zwinni policjanci zaczaili się za jego plecami i teraz oto, wykręcając mu ręce i nie wiedząc co dalej, stali tak to obu jego stronach uniemożliwiając mu gestykulację.

- Za co? Za co? Co ja zrobiłem? Za tę flaszkę przyniosłem na drugi dzień! Puszczajcie dranie!

- Spokojnie obywatelu. To dla waszego dobra – powiedział policjant (ten z lewej, chociaż to w sumie nie ma znaczenia, który to powiedział).

Oszczędzę Państwu opisu pojmania, ogłuszania i przewożenia Mirosława G. alias Astronom najpierw do Wojewódzkiego Szpitala Epidemiologicznego, potem do Instytutu Badań Nuklearnych i w końcu do Ośrodka Leczenia Uzależnień.

Najważniejsze, że naukowcom w końcu udało się nawiązać kontakt radiowy zarówno z doktorem K., jak i pozostałymi zaginionymi lekarzami. Za pomocą najnowszej technologii z NASA mogą porozumiewać się ze swoimi rodzinami, chociaż akustyka w jamie ustnej Mirosława G. bardzo zniekształca i rodzina albo w ogóle nie rozpoznaje głosu swoich bliskich albo tylko trochę.

Mirosław G. pozostaje do dyspozycji badaczy, którzy z czarnej dziury w dolnej siódemce próbują odzyskać uwięzionych tam dentystów. Jako, że jego nastrój nie jest stabilny, aby zapobiec powtórnym epizodom szczękościsku, rozważana jest hibernacja, przynajmniej do czasu, gdy nauka osiągnie poziom wystarczający do swobodnego poruszania się w materii czarnych dziur. Właściwie w antymaterii. Mniejsza o to.

Badania statystyczne przeprowadzone kilka tygodni po ujęciu sprawcy wykazały, że jedynymi osobami wśród wszystkich lekarzy stomatologów w mieście Zgierz, które tego dnia na śniadanie spożywały dżem malinowy wysokosłodzony byli właśnie ofiary Astronoma. Oczywiście nie zniechęcamy do spożywania tego smacznego wyrobu, aczkolwiek ginekologom, laryngologom i oczywiście stomatologom zalecalibyśmy ostrożność.

Acha, pani K., żona doktora K. oczywiście zatarła silnik.

 

PS. Doktor Sz. pewnego dnia zniknął, powodując zamieszanie w mediach i w zakładowej stołówce, gdyż był winien pieniądze za poprzedni tydzień. Pojawił się po kilku dniach, mówiąc, że uciekł z piekła. Natychmiast udzielił kilku wywiadów, pojawił się w reklamie pasty do zębów i podobno widywany był z Natalią Siwiec. Aż przypadkiem okazało się, że w czasie nieobecności przebywał u swojej matki w Człuchowie, gdzie pomagał w remoncie przedpokoju.  

piątek, 15 lutego 2013
Notka fekalna

Jaka jest różnica między miodem a musztardą? O tym debatowali panowie remontowi, malując ściany na kolor kociej sraczki.

- Ale rzepakowy, w żadnym razie wielokwiat  – doprecyzował wąsaty patrząc na ścianę pod kątem, czy rzeczywiście wielokwiat odpada.

- Etam, musztarda stołowa. Taka jak kiedyś sprzedawali w tych słoiczkach, co można było potem wymyć i była szklanka … – upierał się mały grubasek gmerając pędzlem przy framudze.

Omiotłam zniesmaczonym spojrzeniem błyszczące jeszcze, świeżo pomalowane ściany. Kolor był obrzydliwy. Ani miodowy, ani musztardowy - na szczęście dla miodu i musztardy. Kulinarne wycieczki panów remontowych były zapewne wywołane albo porą obiadową, albo toksycznymi oparami farby, która tak samo pachniała, jak wyglądała.

Najgorsze jest to, że czy to musztarda, miód czy kocia sraczka, to nie ich problem, tylko mój. Bo to jest moja klatka schodowa. Oni pomachają pędzlem i sobie pójdą, a ja? Mam czekać do następnego remontu, aż kolor sraczkowy zamalują szczawiowym albo zgniłą zielenią? Od dziś, codziennie kupa na ścianach będzie mnie atakować po wyjściu z domu i odbierać mi apetyt przy powrocie. Jedyna nadzieja, że niedługo niewyżyci artystycznie kibice (lub niewyżyci sportowo artyści) zagospodarują kusząco czyste połacie. Bardzo chętnie dowiem się, że Zawisza forever oraz co i w co – policji, byle namalowane jakimś normalniejszym kolorem. Może sama nawet coś dopiszę-domaluję. Najchętniej ścianę w innym kolorze.

Rany, jakie paskudztwo. Pomyśleć tylko, że ktoś wybrał właśnie to…. coś… spośród słonecznych żółci, delikatnych różów i chłodnych beży! Ktoś to zatwierdził! Ktoś za to zapłacił. Na wymalowanie bebechów takiego wieżowca idą przecież hektolitry farby. Producent tej sraczki właśnie zarobił na rejs statkiem po Morzu Czarnym.

Wchodzę na stronę marketu budowlanego, żeby odkryć co stoi za decyzją mściwego zaopatrzeniowca spółdzielni mieszkaniowej. Może farby z palety barw quasi fizjologicznych mają dofinansowanie z Unii? Może producent  przeznacza swój zasrany zysk na ratowanie ginących morświnów? Może wg najnowszych teorii amerykańskich naukowców ten nieładnie nazywany kolor łagodzi bóle krzyża i należałoby go stosować w kościołach? A może producent to kuzyn prezesa, daltonista i były wojskowy.

W zakładce z farbami miliardy odcieni o nazwach tak kuszących, jakby ściany służyły do lizania: od figlarnych lodów bananowych przez tajemnicze oberżyny aż do soczystych truskawek. Pycha. Żadnej musztardy, a sraczki tym bardziej. Szukam wśród drogich, tanich, wodoodpornych, dźwiękonaśladowczych, mrozoobojętnych, ciepłolubnych. Nie ma. Na stronie innego marketu też nie ma. Zaczynam podejrzewać, że to kolor na specjalne zamówienie. Trudny do zdobycia. Specjalnie sprowadzany z Libii.

A może zaopatrzeniowiec w dzień zakupów przyszedł do pracy z prozaiczną jelitówką? Albo pokłócił się rano z żoną. Nie wiem – zabrakło musztardy, albo było jej za dużo, wiadomo jak to jest z facetami. Dla niego była to kwestia jednego podpisu, a dla nas, setek mieszkańców tego wypiętrzonego miasta, to codzienny jęk estetyczno-egzystencjalny w drodze do/z pracy. A dla Was to notka na kociejmuzyce.

poniedziałek, 15 października 2012
Kto nie lubi kobiecych wynurzeń?

Wszystko przez moje dobre serce. I tylko trochę przez próżność.

No bo kupiłam koszulkę z kocinurkiem* i chciałam zrobić przyjemność Martiszu (sobie) i pokazać się jej (całemu fejsbukowi) w koszulce, którą zaprojektowała dla Koterii**. Dlatego zrobiłam sobie w kocinurku zdjęcie. A, żeby zdjęcie było zabawniejsze (lans nr1) zrobiłam je sobie w masce do nurkowania (lans nr2). Oto ono (lans nr3):

 kocinurek

 

W trakcie sesji zdjęciowej do drzwi zadzwonił dzwonek. Raz.

„A więc nie listonosz” – pomyślicie. A właśnie że tak. Może ci z poczty kurierskiej nie dzwonią dwa razy (za chwilę obalę tę hipotezę). Dlaczego zamierzałam otworzyć, choć byłam sama w domu? Bo wiedziałam, że to on. Skąd? Bo dzwonił już wcześniej (aha!? Więc jednak dwa razy – pierwszy - na telefon) i awizował swoją wizytę.

Już chwytałam za klamkę, by otworzyć drzwi, gdy zdałam sobie sprawę, że wciąż mam na sobie maskę. Wahałam się - ale tak krótko, że raczej mogło to wyglądać na działanie planowane od dawna. Ryzyk-fizyk, niech ma chłopak trochę rozrywki w monotonnej pracy – otworzyłam drzwi i wynurzyłam się z głębin ciemnego przedpokoju w masce na twarzy. A, że własne żarty śmieszą mnie najbardziej (lub wyłącznie), wprost rechotałam w duchu czekając na jego reakcję. Ale się nie doczekałam. Bo on z kamienną twarzą (maską?) podał mi przesyłkę i rzucił się w dół po schodach, przeskakując po kilka stopni na raz. A ja przez chwilę stałam w drzwiach w tej zaparowanej z oburzenia masce, oszołomiona, z przesyłką, której nawet nie pokwitowałam. Żadnego śmiechu (jego), żadnych żartów (moich), żadnego przekomarzania się. Nabrał wody w usta i spłynął jak bezduszny łosoś, pozostawiając mnie w progu, niezaspokojoną w swojej misji rozśmieszania bliźniego.

Pocieszano mnie potem, że przynajmniej nie muszę obawiać się, że gość rozpozna mnie na ulicy.

Chyba, że akurat będę w masce.

 

 

 *projekt Martiszu Ludvikez http://martiszuludvikez.blogspot.com/ - właścicielka uroczego kota Arbuza, który pozował zarówno do tego projektu, jak i do pozostałych, np. o kocie cykliście. Dochód ze sprzedaży koszulek i innych gadżetów zaprojektowanych przez Martiszu zasila fundację **Koteria.org, dbającą o miejskie koty w stolicy. W sprawie koszulek z kocinurkiem i innych świetnych kocich gadżetów - kontakt www.koteria.org.pl

czwartek, 04 października 2012
HIGH NUN

Minęło południe i od dobrej minuty dzwon wzywał wiernych na anioł pański, ale nikt się nie modlił. Tylko ksiądz Franciszek zza firan obserwował wygibasy siostry Fortunaty przy linach w dzwonnicy.

Dla religii nadeszły ciężkie czasy. Produkt stał się bogiem, a Bóg produktem. W dodatku przeterminowanym. Z każdym rokiem autorytet kościoła malał. Wiernych ubywało, ba! – wykruszali się nawet wrogowie. Watykan wyprzedawał majątek, zamiast stawić czoła kryzysowi duchowości. Nie było komu poprowadzić ludzi wprost w rozkrzyżowane w serdecznym, acz wymuszonym geście, ramiona Chrystusa.

- Mąka pszenna z wodą - kiedyś to był przepis na sukces… – zagniatając ciasto na hostie, siostra Fortunata z nostalgią wspominała czasy kościołów pełnych wiernych, tłoczących się z wywieszonymi językami po komunikant.

– Mąka? – powtórzyła i wtem oczy jej rozbłysły. Poczuła w sobie moc, jakby Pan wybrał właśnie ją, aby uratowała upadający Kościół.  Wytarła o habit oblepione ciastem dłonie i pewnie skierowała swe kroki w stronę kościelnego sejfu.

Nazajutrz punkt dwunasta dzwon milczał. Zakonnica zniknęła, ale że zrzucenia habitu były ostatnio nagminne – nikt jej nie szukał. Wróciła po tygodniu. Nie tracąc czasu na wyjaśnienia, o które nikt nie prosił, z rozszerzonymi źrenicami zabrała się do pracy. Pozbyła się zapasów hostii przechowywanych w tabernakulum, robiąc miejsce na nową partię towaru wg własnej kolumbijskiej receptury.

Nazajutrz wszystkie siostry w nabożnym skupieniu przyjęły komunię. Ależ rozszczebiotał się refektarz przy obiedzie! Siostry chichotały i żartowały nieprzyzwoicie. Najwyraźniej powrót Fortunaty poprawił wszystkim nastrój, a zniknięcia z sejfu pokaźnej sumki wciąż jeszcze nie odkryto.

 „Promocja – przyjmij hostię gratis, wygraj najnowszy multi-maxi-hiper-ipad 3D” z daleka krzyczał jaskrawy napis na banerze, własnoręcznie zamocowanym przez siostrę Fortunatę w oknach kościoła. Wiele osób spośród tych, które go przeczytały miały już ipad, ale niewiele osób miało multi-maxi-hiper-ipad 3D, w związku z czym zainteresowanie było spore i telefony na zakrystii się urywały, bo każdy chciał wiedzieć, jak przystąpić do promocji. Część osób chciała również wiedzieć, co to jest hostia.

Niedzielna suma była wydarzeniem na skalę światową. Tłumy cisnęły się do ołtarza. Proboszcz nie nadążał z aplikacją opłatków. Po komunii duchowny wzniósł multi-maxi-hiper-ipad 3D, ukazując zgromadzonym i rzucił go w tłum wiernych. Zawrzało. Ale nagle… w jego dłoniach pojawił się drugi tablet. I trzeci, i czwarty!

- Cud! – rzucił ktoś z tłumu.

- Cud! - podchwyciła siostra Fortunata, ostentacyjnie rzucając się krzyżem na posadzkę, a za nią pozostałe zakonnice. Tłum wiwatował. Nikt już nie pamiętał kościelnych pieśni, więc gromko śpiewano „sto lat”. Cud wyczerpał się po rozdaniu 100 tabletów. To wystarczyło, aby akcję promocyjną uznać za sukces. Odtąd wiele osób zaglądało do kościoła, polując na kolejne okazje, a w drzwiach zawsze czekał na nich uśmiechnięty kapłan z hostią gratis w dłoni. Siostra Fortunata musiała pracować po nocach, aby zaspokoić popyt na komunikanty.

I nadszedł dzień, gdy jakiś roztrzęsiony obywatel wszedł do kościoła już nie w sprawie promocji, ale specjalnie po to, żeby zażyć hostię. Niedługo potem zaczęli wracać inni, także lekko nerwowi. Niepostrzeżenie kościół na powrót stał się głównym przybytkiem w mieście, frekwencją przewyższając jedyny w mieście supermarket. Prawdziwy renesans. Wszyscy lgnęli do Jezusa, z euforią przyjmując go do swego krwiobiegu w świętym sakramencie. Potem żywiołowo uczestniczyli w mszy, która teraz bardziej przypominała happening niż tradycyjne nabożeństwo.

Siostra Fortunata odtąd regularnie i za milczącą zgodą przełożonych pielgrzymowała do katolickich krajów Ameryki Łacińskiej. Siły do wyczerpujących misji czerpała z hostii własnej produkcji, zażywanych w coraz większych ilościach.

Kiedyś nie wróciła. Niestety proboszcz odmówił wpłacenia kaucji, a produkcję hostii zlecił lokalnemu laboratorium.



poniedziałek, 06 sierpnia 2012
Sounds of silence

Spokojna okolica - to był jeden z argumentów za kupieniem mieszkania właśnie tam. Boczna uliczka, w dodatku ślepa, robiła wrażenie także głuchej. Z jednej strony rządek jednorodzinnych domeczków, z drugiej, 500 metrów dalej – las.  W myślach już rozsiadłam się na balkonie z książką i kotami, zanim w ogóle podpisałam umowę przedwstępną.  Balkon wychodził na zachód ale przed popołudniowym słońcem chroniła go wielka topola. Westchnęłam zachwycona, podpisałam umowę, straciłam nerwy przy załatwianiu kredytu ale w końcu przyszedł ten dzień, gdy złożyłam w nowym domu swoje koty, graty i gnaty.

Dość szybko przekonałam się, że las owszem, niedaleczko, ale zanim ten las, to jeszcze tory kolejowe i to używane całkiem często przez pociągi osobowe, a przez towarowe niemniej chętnie. Odgłosy pociągowe były doskonale słyszalne, zwłaszcza w nocy, ale o dziwo nie przeszkadzały mi w niczym, a nawet nastrajały optymistycznie, może dlatego, że lubię podróżować.

Mniej optymistycznie, mimo że wciąż lubię podróżować, nastroił mnie quad i dwa motocykle sąsiada z domku nr 1, który, jak szybko się okazało, poświęca im sporo czasu i uwagi, a razem z nim ja, zupełnie niechcący, uczę się rozpoznawać wszelkie rodzaje warkotu, jakie pojazdy te wydają i to nie tylko, gdy jeżdżą. A, że jest to sąsiad towarzyski, odwiedzają go zmotoryzowani koledzy pasjonaci i albo razem wyjeżdżają i przyjeżdżają, detonując rykiem motorów osiedle, a jeśli nie jeżdżą, to do upadłego naprawiają, a jak nie ma co naprawiać, to sprawdzają, czy silnik aby na pewno wciąż porządnie warczy i wyje. Gdy słońce zachodzi i mrok otula spokojną uliczkę, sąsiad z kolegami i z motorami przenoszą się do oświetlonego i bardzo otwartego garażu, bardziej akustycznego niż filharmonia narodowa. Stamtąd jeszcze lepiej słychać ryk. Przed powiadomieniem odpowiednich organów powstrzymuje mnie tylko fakt, że sąsiad ma dwa duże psy i czasem widzę, jak się z nimi bawi. To mnie rozczula, bo psy kocham i szanuję.

quady

Update: sobota, godz. 10.00 - widok z okna :)

Sąsiad z domku nr 2 też ma psa. Pięknego wilczura. Piękny wilczur spędza całe dnie na powietrzu – ten to ma dobrze, co? Nie dość, że ma dużo ruchu, to jeszcze jest taki pożyteczny – broni posesji. I to przed każdym – nawet domniemanym, nawet absolutnie wyimaginowanym przechodniem. A broni ujadając potężnym wilczurzym głosem, od którego mam bezdech i łzy w oczach. Ale, że kocham i szanuję psy… więc również znoszę ekscentryczne hobby jego właściciela, który kupił sobie piłę tarczową i używa jej tak zajadle, jakby inkrustował posadzkę dwóch pięter swego domu mozaiką z klepek hebanowych. Makabra. Powiecie, że się czepiam, bo przecież robi to tylko jeden dzień w tygodniu. Zgadza się, tylko akurat jest to sobota. A kto rano wstaje – ten więcej przepiłuje czyli mniej więcej od godziny 9-tej rano mam nieprzepartą ochotę porzucić dom i pobiec wzdłuż torów w stronę obojętną.

Mieszkańcy mojego wieżowca nie pozostają oczywiście obojętni na te prowokacyjne hałasy i odpłacają pięknym, a dokładniej – piękną muzyką - za nadobne. Nad wyraz piękną w ich mniemaniu, gdyż zdarza się, że jeden utwór grają kilka razy pod rząd. Rzadziej kilkanaście. Więc gdy już uda mi się zamknięciem  superszczelnych okien odseparować się od pracowitych sąsiadów i dopływu tlenu, to od swoich i tak dostaję po uszach. Muzyka sąsiadów najwyraźniej łagodzi obyczaje, gdyż do tej pory na tle umca-umca nie wybuchły jeszcze zamieszki. Wszystko jednak ma efekty uboczne, a tym efektem jest stan histeryczny, do którego doprowadzają mnie dyskotekowe przeboje, których wcale nie chcę znać  - a muszę.

To już prawie wszystko, co mam do powiedzenia, wysoki sądzie, tylko jedna ciekawostka. W którymś z domków jest jeszcze jakiś pies pogrzebany, a tym psem jest kogut. Kogut pieje w miarę systematycznie i dokładnie tak samo za każdym razem, co każe mniemać, że może być to robokogut, zaprogramowany terminator, automatycznym pianiem przepłaszający nie tylko szpaki z czereśni, ale także mieszkańców z balkonów.

Acha, a drzewo wycięto, w związku z czym słońce bezkarnie penetruje mieszkanie nawet przez gumowane rolety (producent gwarantował 100% zaciemnienia). O odpoczynku na balkonie można już tylko pomarzyć lub powspominać, bo aktualnie każda próba relaksu w leżaku, zwłaszcza popołudniu,  grozi udarem i otępieniem. No ale słońce przynajmniej robi to po cichu.

 

P.S. Sprzedam tanio.



czwartek, 12 lipca 2012
Boguniemił

 - Szefie, mamy problem – właściciel drżącego głosu doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że psuje humor samemu Bogu. I to w niedzielę, gdy Pan Nieba i Ziemi regenerował siły po wyczerpującym tygodniu dobroci i miłosierdzia dla wdów, literatów i hodowców lisów. Dzwoniono z działu interwencji kryzysowej.

 - „Mamy problem” – pomyślał Bóg kąśliwie. – Pewnie, że macie. Macie same problemy - po to stworzyłem ten dział. Strzepnął niecierpliwym ruchem ptaszęta niebieskie uczepione jego ramion, wyłączył szum strumyka, zgasił wschód słońca i sapnął do słuchawki:

- No szybko, o co chodzi?

Głos w słuchawce stanął na baczność i wyskandował:

- Melduję, że ujęliśmy innowiercę.

- No to odeślijcie go we właściwe miejsce i nie zawracajcie mi głowy każdym złapanym odszczepieńcem – obruszył się, a w myślach dodał: „cholerny Piotr, gdyby mniej pił, może mniej tego tałatajstwa przechodziłoby weryfikację przy bramie” – i rozłączył rozmowę.

 Po chwili telefon zadzwonił znowu.

- Diabli nadali – Wszechmogący zmarszczył brwi i tupnął nogą, co jednym podmuchem tornada zmiotło z powierzchni ziemi kilka koreańskich wiosek. – Czego znowu chcecie? – wrzasnął do słuchawki, budząc niechcący uśpiony od stuleci wulkan pod Oceanem Spokojnym.

Gdy wysłuchał histerycznego monologu w słuchawce, poczochrał brodę przepłaszając z niej rój pszczół i mruknął:

- Zaraz tam będę.

 Drzwi z tabliczką „Dział interwencji kryzysowej” otworzył mu Judasz z wisielczym wyrazem twarzy.

- Kto to jest, do cholery? – zdziwił się Bóg wskazując na tłumy tłoczące się w poczekalni do sali przesłuchań

- Ach, drobiazg – Judasz machnął ręką. – Ofiary zbiorowego samobójstwa w Południowej Karolinie.

-  Przecież mówiłem, że samobójcy… - palec boży już wznosił się w geście pouczenia.

- Tak, wiem, we właściwe miejsce – przerwał Judasz podenerwowany – ale sprawa nie jest taka oczywista, bo to fanatyczni katolicy. Oddali życie za grzechy świata, żeby być tacy, jak Jezus.

Bóg wybuchnął śmiechem, niechcący powodując hossę na giełdzie i urodzaj pomidorów w Wielkopolsce. – A to dobre. Jak Jezus! – zarechotał na myśl o swoim synu, utracjuszu, podrywającym panienki na dziury w dłoniach. – Czy na bramie w ogóle ktoś pracuje? Czemu nikt ich nie sprawdził?

- Śpiewali pod bramą psalmy, więc nikt nie podejrzewał…..

Bóg pokręcił głową. System, który z początku działał idealnie, psuł się jak poziom polskiej kinematografii – powoli, ale bezlitośnie.

- Gdzie on jest? – spojrzał Bóg pytająco.

I Judasz prowadził Boga długim korytarzem przybytku przechowującego kłopotliwe przypadki, aż stanęli przed masywnymi drzwiami izolatki. Weszli do części odgrodzonej od reszty pomieszczenia ścianą z lustra weneckiego, dzięki któremu obserwowany przypadek był doskonale widoczny wszystkim oraz sam sobie. Siedział na środku pokoju na krzywym krzesełku osowiały i unikał swego wzroku w lustrze.

- I to ma być ten groźny heretyk? – spytał Bóg lekko rozczarowany, bo łamanie buty i oporu innowierców było jego wielką radością, chociaż może nie tak wielką jak wyłączanie prądu podczas transmisji z meczy finałowych Mistrzostw Europy. Chichotał jak dziecko, gdy wskaźnik modlących wzrastał o kilkaset procent, tym bardziej, że i tak nie miał zamiaru ruszyć palcem bożym w ich intencji.

– A więc innowierca – rzekł - a dokładniej?

- Satanista – wymamrotał Judasz wodząc oczami po ścianach.

Tego było już za wiele.

- Kto-tu-wpuścił-satanistę!? – zapiszczał Bóg, nieelegancko purpurowiejąc na twarzy, przez co w Syrii wybuchły zamieszki, a polska reprezentacja przegrała z Czechami.

- Yyyy….. satanista….czasami – szybko poprawił się Judasz. – Schizofrenik o podwójnej osobowości. Jedna czci Boga, druga szatana, zależy od fazy choroby.

Bóg błagalnie spojrzał w górę, ale już nie było wyższej instancji, do której można by się uciec. Chciało się być Bogiem, to trzeba teraz samemu rozwiązywać swoje problemy.

– Telefon! – strzelił palcami i już za chwilę wykręcał trzy szóstki. Był poirytowany i trochę zmęczony coraz dziwniejszymi przypadkami, które tu trafiały. „Co za czasy– pomyślał zrezygnowany. – pewnie to wszystko przez tę cholerną komputeryzację. Zawsze kłopoty zaczynały się od jabłka”.

W tym momencie otworzyły się drzwi i zalatując piwnicą, wszedł do pokoju władca piekła.

Panowie wymienili się uprzejmościami, chociaż ledwie co wczoraj widzieli się na pokerze u Pawła apostoła.

- Ha, znam gościa! – wykrzyknął Lucyfer na widok mężczyzny. – Był u nas jakiś czas, ale strasznie psuł złą atmosferę. A ponadto w najmniej odpowiednich chwilach zdarzało mu się deklamować różaniec, więc...

- …więc od razu musiałeś odesłać go do nas? – Bóg spojrzał na niego z wyrzutem.

- Tak – Lucyfer nie ukrywał pretensji w głosie – razem z trzema innymi, których zdążył nawrócić w ataku wiary. Ponadto – dodał – satanista był z niego kiepski. Wyłącznie teoretyk. A poza tym dobra dusza, muchy by nie skrzywdził. Sprawdziliśmy go w papierach - grzeszył mniej przez całe życie niż wasi proboszcze w wielki piątek.

Bóg westchnął ciężko, trąc zmęczone trzecie oko.

- Dajcie go do kwarantannika, a potem się zobaczy…

Tak zrobili.

Minął tydzień.

Minął kwartał, a człowiek modlił się nieustannie to do Boga, to do Szatana. W obu przypadkach bezskutecznie.

Minęło dwieście lat.

Któregoś dnia zamek zgrzytnął i drzwi się otworzyły. Stali w nich Bóg i Lucyfer.

- Mówiłem ci, że gdzieś tu będzie! – wykrzyknął szatan ucieszony i obaj panowie weszli do celi.

- Synu, witaj… - wzruszony Wszechmogący przytulił do piersi głowę człowieka.

- Zapalisz? – szatan rozdzielił ich podsuwając mu pod nos papierosa.

Obie osobowości chorego zbaraniały, zupełnie nie mogąc połapać się w sytuacji.

- Chodź, synu – Bóg wyciągnął do niego rękę. – Będzie ci tu jak w niebie.

- Chyba, że wolisz się trochę rozerwać, to zapraszam do mnie na dół – chytrze uśmiechnął się szatan.

- Ty już go raz wyrzuciłeś – Bóg objął ramieniem ogłupiałego. – Chodź tutaj, wybierzesz sobie pokój….

- On ma wolną wolę! – szatan przybliżył swą twarz do jego twarzy i wyszeptał przymilnie – gdy najdzie cię ochota na zabawę, to wiesz, gdzie mnie szukać…..

I tak licytowali się, wiodąc człowieka przez opustoszały dział interwencji kryzysowej, potem przez korytarz przyjęć, a potem przez wyludnione łąki niebieskie. Nigdzie ani żywego ducha, tylko raj i raj. Szemranie strumyka i szczebiot ptaków zakłócał coraz gwałtowniejszy dialog pomiędzy jego dobroczyńcami.

- Nie bądź samolubny! – warczał diabeł. – Jego druga osobowość i tak się o mnie upomni!

- Chyba, że go podleczę – sadystyczny uśmiech rozjaśnił twarz Boga.

- Nie – diabeł zbladł – nie zrobisz tego! Przecież zawsze byliśmy we dwójkę – ja i ty! Po co to zmieniać?

- Oj żartuję, nie dam ci zginąć. Jesteśmy po uszy w tym samym…..ggg…ggggdzie on jest? – wyjąkał Bóg.

Człowiek zniknął. Ostatni wierzący. Ostatnia nadzieja na przetrwanie systemu. Bez niego wszystko to zniknie – i niebo, i piekło. I Bóg, i szatan. Człowiek ten myślał, że oni go uratowali, ale tak naprawdę to on uratował ich przed wieczną nicością, bo niczym byli pozbawieni czci i wiary i obaj to dobrze wiedzieli blednąc teraz ze strachu. Blednąc, blaknąc i rozpływając się w powietrzu, bo nie mogąc go nigdzie wypatrzyć, zaczęli już tracić wiarę, że go znajdą.

- To wszystko twoja wina – słabym głosem szemrał przezroczysty Bóg – gdybyś chociaż ty się ode mnie nie odwrócił, teraz razem moglibyśmy zarządzać tym wszystkim – zatoczył ręką dokoła, gubiąc ją we mgle.

- A ty nigdy nie wierzyłeś, że mi się uda! – odpyskował szatan. – Dopiero jak w mojej piwnicy było więcej dusz, niż u ciebie w raju, trochę utarłem ci nosa.

- Tak, to przez ciebie straciłem wiarę w siebie!

Tak obwiniając się coraz ciszej i ciszej i wygrażając sobie coraz słabiej i słabiej, obaj zamienili się w białe obłoki i poszybowali przez błękit w bliżej nieokreśloną pustkę.

A człowiek siedział na brzegu strumienia i bawił się z jaszczurką. 

- O Boże.... - pomyślała jaszczurka rozanielona, bo nikt się dotąd z nią nie bawił.

sobota, 07 lipca 2012
Urządzamy syfialnię

Najpierw marzy ci się własny buduar w stylu orientalnym. Zdzierasz więc tapety w misie, które przestały pasować do twojej osobowości i zlecasz malarzowi pokrycie ścian kolorem, od którego malarz ma lęki i ślinotok, ale ty jesteś pewna, że to, czego ci potrzeba, to ściany w ciemnoczerwonym kolorze. Biorąc od ciebie pieniądze za usługę, malarz, zerkając na piekielny efekt swojej pracy, mówi: „może jednak przemalujemy?” ale wychodzi ze zwieszoną głową widząc twój nie dający się racjonalnie wytłumaczyć zachwyt. Kolor ścian nie podoba się żadnemu z gości zaproszonych na wstępne oględziny, co tylko utwierdza cię w przekonaniu o dobrym wyborze i własnej wyjątkowości. Powoli zaczynasz znosić do pokoju dodatki w orientalnych kolorach. Aż duszno się robi od amarantów, karminów i ciemnych żółci. Wkrótce odbije się to na stanie Twojej psychiki, ale zanim to nastąpi – wstawiasz meble, które ni w ząb nie chcą współpracować. Uparcie są zwykłe, proste, jasne i skandynawskie, psując ci humor i koncepcję. Jeszcze mniej egzotycznie robi się, gdy na swoje stałe miejsce wjeżdża komputer, wielki monitor, głośniki i galimatias kabli. Ratujesz sytuację bieżnikami, tiulami i wszechobecnymi świecami w różnych wzorach, kolorach i rozmiarach, które szybko okazują się ostatnią przystanią dla kurzu i paprochów, co skazuje je na dożywotni pobyt w pudle na nieprzydatności. Dalekowschodni klimat ostatecznie niweczy wielki plakat Elvisa, który wieszasz nad łóżkiem. Rzucasz okiem na końcowy rezultat i ze smutkiem przyznajesz, że zamiast apartamentu Szeherezady, stworzyłaś pokój tureckiego emigranta w bloku na berlińskich przedmieściach. Mimo wszystko chętnie pokazujesz gościom swój pogrążony w wiecznym półmroku buduar, nazywając go dla lepszego efektu „rypalnią”, co się bardzo podoba, wszyscy śmieją się i w duchu zazdroszczą ekscesów, które niechybnie mają miejsce w tej przytłaczającej scenerii. Nic, że mieszkasz sama, a twoje łóżko skrzypi tak niemiłosiernie, że można w nim zaledwie spać i to na baczność, więc rypalnia ma raczej wydźwięk oksymoronu niż metafory. Po kilku tygodniach puchaty dywan zaczyna zdradzać tajniki twojej dziennej aktywności. Jedna ścieżka (bardziej wydeptana) łączy drzwi z fotelem komputerowym, druga, używana tylko dwa razy dziennie – drzwi z łóżkiem. Wczesną jesienią twój kot łapie zapalenie pęcherza. Najpierw, żeby cię zaalarmować, a potem ukarać za wmuszanie tabletek, kot z wyrzutem w oczach oddaje mocz w kącie rypalni, co czuć zanim jeszcze przyłapujesz go na gorącym uczynku czy raczej mokrej robocie. Zastępujesz więc piękny i cuchnący dywan marną ale bezwonną wykładziną, której nie szanujesz i wybaczasz gościom i sobie plamy od wina i łażenie po niej w butach. Któregoś dnia zauważasz, że unikanie wzrokiem nie zaścielonego łóżka jest świetną alternatywą dla jego ścielenia. Spostrzeżenie to szybko przekuwasz w nawyk. Z uwagi na niedobór światła łatwo jest ci nie zauważać także warstwy kurzu wyhodowanej na wszystkim oprócz monitora,  klawiatury i myszki. W słoneczny dzień dla rozrywki rysujesz palcem w kurzu śmieszne obrazki, które jak mandalę możesz zniweczyć jednym dmuchnięciem, ale tego nie robisz, żeby nie budzić spokojnie śpiących roztoczy. Któregoś dnia zapalasz górne światło i widząc oberwaną firankę, rozsypane na podłodze gazety, uschnięty kwiatek i swobodną migrację zawartości szafek po całym pokoju, czujesz silną potrzebę zdarcia, zerwania, zeskrobania całego tego wnętrza, zmięcie go i wyrzucenie do śmieci. Gratulacje! Właśnie urządziłaś swoją pierwszą syfialnię! Możesz teraz zrobić zdjęcie i podzielić się swoją dumą ze znajomymi na facebooku.

czwartek, 14 czerwca 2012
obraz wart jest tysiąca słów

czterej pancerni

Bez psa

sm cats

Ja do pracy, a koty.....

grandma and grandpa

Grandma and grandpa

Inkotgnito

decattives

Decattives

 

to be continued :)

środa, 11 kwietnia 2012
Pokalane niepoczęcie


 Od Zachariasza wrócili skłóceni.

- Elżbieta brzemienna! To stare pudło z zasuszonymi piersiami! – złorzeczyła Maria, ścieląc łóżko. - A ja? - zapiszczała ze złości.

Józef siedział zapatrzony w zachód słońca nad pastwiskami.

- Jahwe pokarał mnie takim mężem! Miesiąc po zaślubinach, a tyś mnie nawet nie tknął!

Józef wciąż milczał.

- No i czemu tak milczysz?

Cisza.                                                                                        

- Wiesz ile ja mam lat??? SZESNAŚCIE! Szesnaście lat i wciąż jestem dziewicą! - coraz głośniej i natarczywiej dawała upust rosnącej od ślubu frustracji. - Czy ty wiesz - zaszlochała ostentacyjnie, głośno trąbiąc nosem w rękaw - jak czuje się kobieta, którą własny mąż odtrąca w łożu?  

Coś jakby uśmiech przebiegł przez twarz Józefa - to jagnięta baraszkowały na wysuszonej trawie.

- Cóż ta Elżbieta mamrotała o mesjaszu? - ocknął się niespodziewanie.

- Mesjasz-sresjasz. Pojęcia nie mam. Zjesz coś? - Maria wygrzebała z podróżnego kosza resztki placka zapakowanego na drogę.

Ale Józef, rozsupławszy rzemienie u sandałów, bez słowa podreptał w stronę łóżka i wsunął się pod koc. Maria wyszła z izby kręcąc głową, żując przaśny placek i dalej złorzecząc na dziwactwo swego małżonka.

Gdy ucichły jej kroki, Józef wyjął spod poduszki delikatny welon koloru morskiej wody, z cekinami na obrzeżach. Ten sam, w którym Marię przyprowadzono mu do zaślubin. Zanurzył w nim twarz, chłonąc zapach i koronkową fakturę materiału. Tak zasnął i tak zastała go Maria, gdy przyszła na spoczynek do małżeńskiego łoża.

I zdębiała.

Wszelka złość, jaką żywiła do męża, wyparowała z niej w jednej chwili.

- Och, on mnie jednak kocha…. - westchnęła. - Po prostu nie jest jeszcze gotowy na dziecko.

Nie gniewając się już wcale, legła obok.  Zamiast, jak co noc, zmuszać męża do współżycia, objęła go czule i pomodliła się do Jahwe o rychłe zapłodnienie.

I ni stąd ni zowąd, Bóg wysłuchał modłów służebnicy swej i posłał na ziemię anioła z misją inseminacyjną, aby syn jego narodził się w tym właśnie domu.

Rankiem Maria udała się z matką na targ. Józef obudzony wiosennymi promieniami słońca i meczeniem kóz poprzeciągał się chwilę w pościeli, a wstawszy, zrzucił z siebie nocne odzienie, obnażając drobne ciało o skórze bladej i delikatnej. Gdy upewnił się, że jest sam, otworzył skrzynię z fatałaszkami Marii i zanurzył w niej ręce po łokcie. Gładkość materiałów odebrała mu na chwilę zmysły… Oszołomiony podnieceniem pomieszanym ze strachem, narzucił na siebie muślinową suknię swojej żony, a jego ciało przeszył dreszcz. I kolejny - gdy otulił się jej welonem. Szczęście młodzieńca mieszało się z goryczą, ekstaza z rozpaczą. Przeczuwał bowiem, że Jahwe, a tym bardziej jego małżonka, nie byliby zachwyceni, widząc go w damskich ciuszkach.

Padł tedy na kolana, zgiął się wpół i prosił Boga o wybaczenie tych grzesznych, wstydliwych przyjemności, których odmówić sobie nie umiał.

I na to zapadła cisza dokoła, jakby ktoś jednocześnie ogłuszył kozy, kury i dzieciaki sąsiadów jazgoczące za oknem.  Świetlista łuna zalała izbę, a po promieniach światła zstąpił na ziemię anioł pański.

- Czy to dom Marii i Józefa? - spytał łagodnie, stając przed klęczącą zawoalowaną osobą. Osoba skinęła.

Uśmiechnął się anioł na to i upewnił się:

- Tyś dziewica?

Drobna postać niechętnie przytaknęła i skuliła się jeszcze bardziej.

- Błogosławionaś ty między niewiastami -  powiedział anioł. - Pan wybrał cię na swą oblubienicę…

Na te słowa postać mamrocząc coś gwałtownie, acz niewyraźnie, jęła szamotać się, próbując zrzucić z siebie połacie zwiewnego materiału.

- Daj spokój Mario – anioł uspokajającym gestem położył dłoń na jej ramieniu, a ta znieruchomiała wlepiając w niego przerażone oczy. - To niepotrzebne - mrugnął porozumiewawczo. - Zostań w odzieży. - I nakładając ręce na jej głowę wyszeptał wzruszony - oto stało się, duch zstąpił na ciebie.

Na tę scenę weszła do pokoju spocona i zakurzona Maria, objuczona trzema wierzgającymi, gdaczącymi wniebogłosy kurami, workiem mąki i parą nowych sandałów. Zaprawdę nie wiedziała co ją dziwi bardziej - widok skrzydlatego mężczyzny, czy też jakiejś osoby odzianej w jej własną suknię.

- Józeeef! - wrzasnęła ochryple. - Józeeef, co to za towarzystwo?

Wciąż zakutana w welony postać pisnęła. Anioł spojrzał zdziwiony na nieoczekiwanego gościa.

- Podejdź niewiasto i raduj się tą wielką chwilą. Oto właśnie w tym domu począł się mesjasz - obwieścił z dumą.

- Oto ja, służebnica pańska….. – Maria uklękła w progu z rozdziawioną gębą.

Józef zemdlał. Anioł z troską uniósł jego głowę, a wtedy welon opadł na ziemię odsłaniając brodatą twarz.

- A to kto? - skrzywił się.

- Mąż mój, Józef - warknęła Maria z niesmakiem, zbierając się z klęczek. - Czegóż chciałeś od niego? - powiedziała odkładając w bezpieczne miejsce kury, mąkę i sandały.

Tego dnia w Nazarecie, w godzinach przedpołudniowych, widziano rozwścieczoną niewiastę goniącą za dziwnym ptaszyskiem, które dziko wrzeszcząc, co sił uciekało przed jej ścierką i srogimi wyzwiskami. Aż wzbiło się w niebo, gdzie, prawdę mówiąc, po tej wpadce też już nie miało czego szukać, bo łasy awansu Gabriel już zacierał skrzydła…



poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Duma, honor, śmigus dyngus

Jakież to oryginalne i ekstrawaganckie – w lany poniedziałek pisać o lanym poniedziałku. Ale jest temat – się nie wybrzydza – się pisze.

Było to w lany poniedziałek gdzieś we wczesnych latach licealnych, gdy głównym moim zajęciem było obrażanie się i dąsanie. W takim właśnie nastroju, wczesnym rankiem wracałam wraz z siostrą do domu po świętach wielkanocnych spędzonych rodzinnie u babci na wsi. Podróż autobusem trwała z dwie godziny i prowadziła przez wioski i miasteczka, gdzie z upodobaniem oddawano się tradycyjnym dyngusowym torturom, za które jeszcze wtedy nie wlepiano mandatów. Z okien autobusu z najwyższym niesmakiem obserwowałam obopólne szczęście oblewających i oblewanych, gonitwy na serio i ucieczki na żarty, wszystko według odgrywanego co roku scenariusza. Z tego co zauważyłam, podstawową jednostką miary w sferze igraszek damsko-męskich było wiadro. Im częściej twoje wiadro było w ruchu – tym byłeś bardziej macho. Im więcej wiader wody przyjęłaś na siebie – tym byłaś większa laska. Mężczyźni w zabawie między sobą byli mniej subtelni i w ruch szły gumowe węże, pompy, beczki, czasem też rzeka bądź staw. Z trwogą przyglądałam się tym barbarzyństwom - tym większą, im bardziej zbliżałam się do końcowego przystanku, z którego czekała mnie piesza przeprawa przez osiedle do domu.

Ku mojemu zdziwieniu było całkiem spokojnie. W dużym mieście ludzie jednak bawią się inaczej. Albo wcale. Albo dłużej śpią.

Sunęłam dostojnie osiedlowymi ulicami, powiewając długim czarnym płaszczem, a obok mnie na szpileczkach dreptała moja starsza siostra. I wtedy, na ostatniej prostej, dwieście metrów od domu, jakieś lumpy ośmieliły się zaatakować. Moja siostra, jako ta bardziej atrakcyjna przyjęła na siebie pierwszy chlust z plastikowej butelki. Zachowała się zgodnie z regułami gry, czyli piszcząc w niebogłosy puściła się biegiem w stronę domu, aż stukot obcasików przeszedł w terkotanie. Co zrobiłam w tym czasie ja? Oprócz tego, że się obraziłam i nadąsałam? Nic. Kroczyłam dalej dumnie, aż poczułam, że lodowate strugi dosięgają i mnie. Czy wtedy zareagowałam? Nie. Moja siostra na ten widok wzmogła pisk, a mi honor wciąż nie pozwalał uciekać. Dla postronnego obserwatora mogło to wyglądać, jakby się mnie woda nie imała, gdyż nawet nie przyśpieszyłam kroku. Ale, niestety, imała się i to bardzo, zwłaszcza płynąc wzdłuż kręgosłupa. Im bardziej byłam mokra, zawzięta i wściekła tym bardziej zajadłe były ataki i próby złamania mego ducha. A długi czarny płaszcz, nasączony litrami wody stawał się coraz cięższy i dłuższy, aż zaczął ciągnąć się za mną po ziemi.

Ale nie dałam im satysfakcji! Sobie, szczerze mówiąc, też nie.

Natomiast wielką uciechę dałam mojej siostrze, która z upodobaniem opowiadała wszystkim to zdarzenie, pękając ze śmiechu, na co ja się obrażałam i dąsałam oczywiście.



wtorek, 06 marca 2012
Strange brew - czyli jak piłam piwo, którego nie nawarzyłam

 

Intuicjo, gdzie byłaś, gdy przekraczałam progi tego przybytku? Zakład kosmetyczny "Brzydkie kaczątko" wyglądał przeciętnie i z zewnątrz, i w środku. Dlaczego postanowiłam wyregulować sobie brwi właśnie tam? Trudno powiedzieć. A raczej - szkoda gadać. 

Pani kosmetyczka siedziała przy stoliku, czytała fachową prasę plotkarską i wcale nie wyglądała jak piękny łabędź. 

- Taaaak? - spytała, nie odrywając wzroku od gazety.

- Chciałam wyregulować brwi - zagrałam w otwarte karty, omiatając wzrokiem rząd dyplomów na ścianie, gdyż była to kosmetyczka dyplomowana.

- Proszzzzz...... - wskazała fotel, co wywołało przykre skojarzenia z dentystą i pierwsze wątpliwości. Ale posłusznie siadłam. Pani usiadła także, na stołeczku obok i skierowała na mnie lampę nawiązującą dizajnem do tradycji esbeckich.

Białe światło oślepiło mnie dokumentnie i jedyne co teraz widziałam to czerwone kropki na białym, lub na czarnym tle - w zależności czy oczy miałam otwarte, czy zamknięte. Częściej na czarnym. 

Pogrążona w nakrapianej ciemności, poczułam przyjemny dotyk chłodno-mokrego wacika na moich brwiach. Swoją drogą jaka to śmieszna rzecz takie kępki sierści na czole. Ale widocznie ewolucja wciąż widzi ich sens, skoro są. Ewolucja nie widzi jednak sensu w ich regulacji, skoro musi to za ewolucję robić pani "brzydkie kaczątko".

Uważna obdukcja materiału wejściowego odbywała się centymetr od mojej twarzy i czułam ciepły oddech pani tak blisko, jakby miała mnie za chwilę pocałować, a na to nie byłam gotowa - w końcu nie zamieniłyśmy ze sobą prawie ani słowa.

I nagle: ciach! Utratę pierwszego włoska poczułam w zakończeniach nerwowych w zaskakujących zakamarkach ciała. I ciach! I ciach! Pewna ręka! Gdy skończyła prawą brew, po policzku płynęły mi łzy i nic nie widziałam w lusterku, które mi podała dla oceny efektu.

Znowu kojący wacik i ciach z lewej. 

Wtedy zadźwięczały wietrzne dzwonki w drzwiach. Wraz z zimnym powietrzem, do zakładu wpadł ktoś, kto do pani zwracał się per "dziwko" i żądał oddania kluczy. Oddech na mojej twarzy przyśpieszył i tak oto stałam się świadkiem sprzeczki kochanków. Trochę wbrew sobie, nomen omen.

- Klucze, jeszcze czego - wysyczała wciąż zgarbiona nad moim okiem. - Wreszcie się od ciebie uwolniłam łachudro - ciach! - mimo wzburzenia nie przerwała zabiegu. Profesjonalnie.

- Kłamałeś - ciach! - Zdradzałeś - ciach! ciach! - To teraz śpij na dworcu - ciach! - jak na moją ocenę sytuacji wyrwała mi już dużo więcej włosków, niż z prawej brwi i trochę się obawiałam, czy pogrążona w zapalczywości i rozpraszana przez ex-narzeczonego, nie wydepiluje mnie do cna. Tymczasem on z "dziwki" przeszedł na "kochanie". 

- Widzi pani? - parsknęła do mnie. - Na litość mnie bierze, myśli, że znowu się nabiorę!

Miałam tylko nadzieję, że kobieta kontroluje sytuację nad moim lewym oczodołem i za swoimi plecami - niespodziewany gest pana narzeczonego i mogłam zostać bez oka.

- Pani mnie poprze, pani powie jej, że mężczyzna czasem musi się napić, szturchnąć, zakląć, ale to wszystko z miłości! - Teraz już oboje zwracali się do mnie. - No powie pani Marioli coś, bo się wścieknę! 

- Yyyy..... - powiedziałam Marioli.

- Jak ja go kochałam - "dziwka, kochanie" Mariola nieoczekiwanie zwierzyła mi się coraz bardziej drżącym głosem. - Pani sobie nie wyobraża jak ja go kochałam! - oparła dłoń z pęsetą na moim czole.

Chrząknęłam. Ich dialog przepływał przeze mnie jak przez katalizator. Wyznawali sobie miłość, wyliczali wszystkie krzywdy i wylewali żale - i wszystko to nie wprost, a raczej - wprost do mnie. Na szczęście Mariola przestała mi szarpać brew i lekko zwiększyła dystans między jej nosem, a moim. Białe światło zgasło, uznałam więc zabieg za ukończony. Ostrożnie otworzyłam oczy i zobaczyłam przez gąszcz czerwonych kropek Mariolę, łkającą na stołku i klęczącego nieopodal gacha.

Po-wo-lu-tku zdjęłam zza kołnierza serwetkę i wstałam z fotela. Oni, zajęci każde własnym nieszczęściem, nie zwracali uwagi ani na mnie, ani nawet na siebie nawzajem. Na palcach dotarłam do drzwi, po drodze zostawiając na ladzie należność za zabieg i napiwek za spektakl, brwi wciąż mając wysoko wzniesione ze zdumienia.

poniedziałek, 27 lutego 2012
Cena życzliwości

Wijąc się jak makaron, kolejka wlokła się (jak makaron także) - w kierunku kasy. Na którymś tam zakolu, wystarczająco blisko, by głos sprzedawcy wygrał z Michaelem Jacksonem z głośników, zrozumiałam, że oto mam do czynienia z perełką i samorodnym talentem kasjerskim.

- Dziękujemy za zakupy, do zobaczenia i gwiazd jak diamenty nad głową. - Pożegnał miło klienta.

- Do zobaczenia mam nadzieję, wkrótce. A tym czasem życzę samych miłych chwil. Proszę rozważyć kąpiel przy świecach wieczorem, arrivederci! - Pożegnał następnego....

- Samych dodatnich temperatur!

- Uśmiechu na ustach teściowej!

Hm, obserwowałam go z coraz większą fascynacją. Pomysły mu się nie kończyły, żadnego klienta nie potraktował powtórką, przynajmniej na moich oczach i uszach.

Ludzie, jakby przyzwyczajeni do takiego finału zakupów, brali resztę, towar i paragon i szli sobie bez odrobiny zaskoczenia na twarzy. Być może sieć księgarni wprowadziła nowe standardy, o których dotąd nie miałam pojęcia? W każdym razie słuchałam zaczarowana i z rozdziawioną gębą. Zaraz miała być moja kolej i nie mogłam się doczekać, czego mi pożyczy na dowidzenia.

- Gratuluję wyboru - pochwalił, naliczając należność za gazetę i wiśniowe gumy do żucia. - Na pewno będzie pani zadowolona, dobrze poinformowana i będzie pachnieć wiśniami. Mamy w promocji atlas.... - dodał.

(cisza)

- Płytę z przebojami Cohena?

- Nie nie nie - zniecierpliwiona już chciałam płacić i usłyszeć życzenia.

Westchnął.

- Landryny? - zerknął tylko i nie czekając na odpowiedź, zajął się moją kartą płatniczą.

- Paragon na pamiątkę - podał mi wydruk. - Dziękuję i do widzenia.

- Słucham? - oburzyłam się. - A życzenia?

- Życzenia przysługują od 15 zł w górę - odparł. - Wystarczyło dobrać landryny, ale cóż....

- Żartuje pan? - ale niestety, jego mina mówiła, że nie mam na co liczyć. 

Schowałam kartę, gazetę i gumy do żucia i już miałam ogłupiała odejść od kasy, gdy usłyszałam:

- Życzę na przyszłość większego rozmachu w zakupach - mrugnął i zajął się następnym klientem.

czwartek, 09 lutego 2012
Kazio po raz pierwszy

Błogosławi dusza moja Pana za dar, jakim obdarzył mnie i moich współpracowników.

Kazio.

Kazio kilka dni temu został powołany na zarządcę obiektu produkcyjnego. Fucha jakże dla Kazia odpowiednia - póki co nie musi nic robić, bo produkcja jeszcze nie jest uruchomiona. Jeśli nie zgubi kluczy - to już plus. Kazio więc z należytą powagą piastuje swoje stanowisko, utrudniając innym pracę jak się da.

Ostatnio, poproszony o udostępnienie budynku do oględzin - odmówił. Tak, ja też chciałam wiedzieć dlaczego. Gdyby miał naprawdę dobry powód, kolega by mi tego nie opowiadał parskając co chwilę śmiechem.

Otóż - Kazio wykąpał się. Tak, wiem, to zupełnie normalne zachowanie, zwłaszcza po pracy, po której kąpiel często jest uzasadniona, a nawet wskazana. Ale to był jego powód. Kazio był po kąpieli i nie będzie wychodził na mróz. Kluczy nie da. Czekać. Komisja poczeka, aż Kazio ostygnie, to budynek zobaczy.

Żebyście wiedzieli, że czekali.

Dziś - ten sam kolega potrzebuje wymierzyć budynek, w związku z czym, dzwoni do Kazia, aby ten mu budynek otworzył. Kazio odmawia. Też jest powód - uruchamia drukarkę. Znowu trzeba zaczekać. Mija pół godziny i oto Kazio gotowy jest do współpracy.

Tylko kilka dni - i tyle radości. Intuicja mi podpowiada, że o Kaziu będzie na blogu częściej i jestem za to zarządowi niezmiernie wdzięczna.

poniedziałek, 06 lutego 2012
Cud auto-moto-kanonizacyjny

Właściwie to wychodzenie na idiotę jest całkiem w porządku. Przynajmniej człowiekowi przypomina się, żeby życia i siebie nie traktować zbyt poważnie. Oraz żeby napisać o tym notkę na blogu.

Ogrzewanie w aucie mi wysiadło. I to przypadkiem, jak tylko zaczęły się mroźne popisy zimy - czyli jakieś dwa tygodnie temu. 

Serio.

Do pracy mam wystarczająco blisko, żeby nie zamarznąć podczas jazdy, ale ostatnio musiałam pokonać dystans 4x50km i to był już wyczyn zostawiający daleko w tyle Marka Kamińskiego. Mimo, że w trakcie tej podróży miałam silną chęć oblać się benzyną i podpalić, do mechanika dotarłam dopiero dziś i to też pod przymusem z zewnątrz. Widocznie zdolność przystosowania się do trudnych warunków odziedziczyłam po dziadku, który zaraz jak stracił dwa palce prawej ręki, został zegarmistrzem.

Otóż dziś stawiłam się w warsztacie zbawiciela samochodowego. Zaprzyjaźniona, towarzysząca mi obstawa rodzaju męskiego miała mi dodać animuszu, a panu mechanikowi odjąć ochotę oszukania bezbronnej niewiasty. 

Gdy auto wjechało na stanowisko, otoczyli je mechanicy i gapie, razem tworząc całkiem spory wianuszek, a jednych od drugich trudno było rozróżnić, bo wszyscy wyglądali jak gapie. Trzech jednak pozwoliło sobie względem samochodu na więcej niż pozostali i właśnie tych postanowiłam potraktować jak mechaników, czyli z taką samą nieufnością, jak oni kobietę za kierownicą. Męska obstawa dodawała mi na szczęście wiarygodności.

- Co dolega? - zapytał jeden. Drugi ziewnął. Trzeci zamknął za mną drzwi warsztatu.

- Ogrzewanie - odpowiedziałam grzecznie, wysiadając z auta.

Pierwszy wsiadł i przygazował, drugi otworzył maskę, trzeci zniknął mi z oczu.

- Grzeje - powiedział.

- Niemożliwe - zapewniłam go. - Dwa tygodnie już nie grzeje.

Zrobił mi miejsce za kierownicą. Cholera, grzało.

- I co, grzeje? - spytała męska obstawa z miną "lepiej dla ciebie, żeby nie grzało". 

Przytaknęłam przerażona i speszona.

Mechanicy spojrzeli na siebie, potem na obstawę. Potem razem z obstawą spojrzeli na mnie. Znacząco. Potem ja spojrzałam na siebie ich oczami i zobaczyłam jak włosy mi blondzieją ze wstydu.

Pierwszy wzruszył ramionami, drugi ziewnął, trzeci otworzył drzwi warsztatu. Wyjechałam.

 

A JPII tylko uśmiechnął się w niebiesiech, łobuz...

 

 

piątek, 27 stycznia 2012
Biurwa mać....

Biurowi umilacze czasu.... któż ich nie zna, któż ich nie kocha, któż przynajmniej dwa razy na tydzień nie ma ochoty wbić im plastikowego widelca w krtań, aby powstrzymać ich mętny słowotok.

Umilacz czasu najczęściej wpada do ciebie w momencie, gdy

a)    po ostrej harówce nawet nie masz siły wstać i napić się herbaty,
b)    znudzony internetem, gapieniem się w dal i chrupaniem krakersów, akurat postanowiłeś wziąć się do pracy.

Umilacz czasu jest święcie przekonany, że jego wizyta jest dla ciebie frajdą, że nie możesz doczekać, aż opowie ci co u niego, jakby co najmniej wracał z międzygwiezdnej wyprawy. Albo z castingu do filmu z Angeliną Jolie. Albo z zakupów w Ikei. Jego twarz od samych drzwi promienieje – bo przecież przyszedł, żeby cię uszczęśliwić i to twoja radość go cieszy, mimo że na twej twarzy próżno szukać jej oznak. Ale on sprawi, że promienny uśmiech rozciągnie ci usta, a oczy rozbłysną - to nic, że dopiero na sam koniec odwiedzin, gdy już trzyma klamkę mówiąc: „muszę lecieć, robota czeka”. Widząc Twoje rozpromienione oblicze on wie, że misję wykonał, że nic, tylko czekać aż szczęście powróci do niego przefiltrowane przez prawo karmy.

Możesz zastanawiać się dlaczego uparł się akurat na ciebie, dlaczego tobie właśnie w szczegółach objaśnia jak przebiega remont i na co choruje teścia siostra. Wyjaśnienie jest proste, choć przygnębiające. Jesteś tylko elementem jego wielkiej biurowej społeczności. Jesteś tylko kolejną okazją, aby jeszcze raz sam usłyszał to, co ma do powiedzenia. Zobacz z jakim zaangażowaniem opowiada, jak przeżywa, jak gestykuluje i robi miny – mimo, że ten sam wywód powtarza dziś już piąty raz. Też przecież mogło by mu się nie chcieć, ale umilanie czasu w biurze to jego misja i wewnętrzny imperatyw. Ty już dawno byś oklapł, już po drugiej wizycie by ci się nie chciało. A on? Patrz i podziwiaj. Niekoniecznie słuchaj. Kiedyś przynajmniej kiwałam głową na znak, że uczestniczę. Szkoda zachodu, nie trzeba. Wystarczy, że jesteś wystarczająco bierny, by go wywalić z pokoju.

Czasoumilacz nigdy nie pyta, czy nie przeszkadza. On przychodzi i staje się priorytetem. Sam robi sobie kawę, złośliwie przy tym komentując, że znowu nie masz rozpuszczalnej.

Zdarza się, że naprawdę przeszkadza – co wtedy?

Etap pierwszy – nie podtrzymujesz rozmowy. Nie działa nawet na poziomie zaawansowanym, połączonym z unikaniem kontaktu wzrokowego. Nie działa nawet na poziomie supereksperckim, gdy chowasz się za monitorem i nawalasz w klawiaturę cokolwiek, byle intensywnie.

Etap drugi – uprzejmie mówisz, że jesteś zajęty. Nie działa. Siada i opowiadanie zaczyna od: „a co ty masz takiego do roboty? Ja  to dopiero zarobiony jestem, wiesz remont...(15min.)... a do pracy przychodzę żeby odpocząć”. Acha.

Etap trzeci – obie fazy w jednej plus bardzo poważna mina. Nie działa. Siada i mówi – „to ja nie będę przeszkadzać” – i zaczyna od czegokolwiek, co i tak za chwilę doprowadza do remontu.

Sposób czwarty – dajesz się ponieść emocjom – zwłaszcza jeśli naprawdę masz pilną robotę, a przechodząc przed chwilą obok innego pokoju słyszałeś mimowolnie jego monolog o remoncie. Odgrywasz za biurkiem mały spektakl, na który składa się wyżywanie złości na komputerze i besztanie leżących na biurku dokumentów. Działa o tyle, że podczas spektaklu, umilacz zachowuje ciszę, obserwując uważnie twój szał. Jeśli popis trwa wystarczająco długo, a ty konsekwentnie go nie zauważasz, on wychodzi, a ty przepraszasz komputer i dokumenty, że byłeś dla nich niemiły.
Acha, jeśli chcesz usłyszeć, że masz problemy rodzinne, że nie radzisz sobie w pracy i że masz menopauzę – stań pod drzwiami jego następnej ofiary. Ale śpiesz się, bo tobie poświęci tylko 5 minut. Przecież ma jeszcze tyle do opowiedzenia o remoncie.


sobota, 21 stycznia 2012
Spokojnie, to tylko zwolnienie

Z nieba od dłuższego czasu kapało, jak ze starej ścierki. Stęchlizna wdzierała się do domów, jeździła autobusami, kokosiła się na głównych ulicach miasta. Nawet do pachnących perfumami galerii handlowych dostawała się wnoszona na zawilgotniałych klientach.

Nic dziwnego, że się rozchorowałam.

Lekarz co prawda, rozglądając się po gardle, stwierdził zapalenie tego i tamtego, ale ja wiedziałam, że najbardziej dolega mi zmęczenie. I to nie antybiotyk mógł mnie wyleczyć, ale tydzień spokoju we własnym łóżku. Z diagnozą, zwolnieniem i receptą poczułam się naprawdę chora i zaraz, jak tylko wróciłam do domu - zaległam z ulgą i bez poczucia winy. To był wspaniały wieczór - prawdopodobnie. Pewności nie mam, bo go przespałam obłożona stereofonicznie kotami, mruczącymi piosenki Hanny Banaszak.

Drugiego dnia obudził mnie dźwięk straszny. Dżwięk, którego obok budzika i burczenia w brzuchu, najbardziej na świecie nienawidzę - wierrrtarrrka. Słyszałam o adepcie sztuki wiertniczej, na którego od miesiąca skarżą się sąsiedzi. Na klatce schodowej wisiała nawet odezwa do tegoż, żeby się w swój łeb łaskawie wwiercił, zamiast psuć ludziom przedpołudnia. Odezwa zniknęła - wiercenie nie ustało, czego właśnie miałam dowód. Zaiste udręka. Najgorsze były te zacietrzewione jak nosorożce ataki wiertła po chwilach błogiej ciszy, z których każda mogła oznaczać koniec - a jednak żadna go nie oznaczała.... 

Trzeciego dnia - znowu jazgot, warczenie i ujadanie, przy którym adept sztuki wiertniczej brzmiałby komicznie, nawet jeśli włączyłby udar. To było epickie rzężenie dobiegające gdzieś ze świata zewnętrznego. Co więcej i bliżej, ze świata bezpośrednio za moim oknem. Jeśli Majowie koniec świata (tak, to już w tym roku!) przewidzieliby na styczeń, to myślałabym, że właśnie przedstawienie się zaczęło, a ja taka nieubrana. Bałam się co ujrzę po odsłonięciu rolet. Żółty buldożer nacierający na mój wieżowiec? Prawda okazała się znacznie gorsza - po odsłonięciu rolet nie zobaczyłam nic! Poprzednio cały widok stanowiło wielkie drzewo, które kołysząc gałęziami często odprowadzało mnie w ramiona Morfeusza, latem chroniło przed słońcem, a wieczorami przed sąsiedzkim okiem. Teraz drzewo zniknęło - a dokładniej, zmieniło pozycję z dumnie wertykalnej na żałoście horyzontalną. Na tym jednak bydgoska masakra piłą mechaniczną się nie zakończyła. Gdy powalono już wszystkie drzewa zacieniające ulicę, masakrowano je i beszczeszczono na oczach mieszkańców tak długo, aż zostały z nich tylko drewniane kloce (nie z mieszkańców, tylko z drzew).

W piątek prace zakończono, po drzewach zostały tylko trociny, okolicznym kotom na kuwetę, a moje zwolnienie dobiegło końca. 

Dziś sobota. Budzę się - cisza aż w uszach dzwoni. Nagle.... "ciap ciap.... ciap". Leżę i bezradnie wsłuchuję się w plaskanie. Jutro niedziela, wiadomo, schabowy na obiad musi być. "Ciap ciap" - tłuczek sąsiadki bezdusznie rozbija świńska tkankę, zmieniając ją w kotlety. Ludzie, nie możecie raz zjeść w niedziele mielonych? Poduszka na głowie niezbyt skutecznie odcina mnie od hałasów tzw. domowego zacisza. O, po sąsiada z przeciwka przyjechali koledzy na quadach. Teraz wszyscy włączają silniki ale jeszcze nie odjeżdżają. Grzeją maszyny, aż pies drugiego sąsiada zaczyna na nich ujadać. Zaraz pewnie obudzi się szalony akordeonista, który od dwóch dni, piętro wyżej, niżej, czy za ścianą, ćwiczy gamy i pasaże. Niech jeszcze zagrzmią dzwony, zagra hejnał i rozdzwoni się telefon.

Mamo, chcę do pracy!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9